Już dawno na warszawskim rynku nie mieliśmy takiej sytuacji, żeby akcje spółek o największej kapitalizacji były przez dłuższy okres czasu słabsze od pozostałych. Zazwyczaj to na nich skupia się uwaga popytu - teraz kapitał zupełnie je omija. Bez wątpienia główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest mizerna kondycja walorów z sektora bankowego. Obrazuje ją przełamanie przez WIG-Banki linii łączącej dołki od połowy lutego (wczorajsze notowania pokazały, że ruch powrotny w jej kierunku zakończył się), a także pokonanie tegorocznego minimum przez indeks cenowy banków.
Trudno więc się dziwić, że na czwartkowej sesji WIG20 naruszył linię trendu wzrostowego, prowadzoną po dołkach z marca i kwietnia i przebił się poniżej dzamknięcia z 16 kwietnia. Towarzyszyły temu spore obroty i duża szerokość zniżkującego rynku. Dlatego, bez względu na to, jak wydawałoby się to mało prawdopodobne, trzeba liczyć się z osiągnięciem przez WIG20 poziomu 1092 pkt. Niczego jeszcze nie przesądzając w tym momencie można stwierdzić, że w przypadku zamknięcia poniżej 1092 pkt będą nikłe szanse na zatrzymanie przeceny przez tegoroczny dołek przy 1070 pkt, czy nawet wsparcie przy 1040 pkt.
Zakładając, że indeks rozpoczął z poziomu 1163 pkt trwalszy trend spadkowy, z "jakości" korekt tego trendu można wysnuć interesujące wnioski. Skala ostatniego odbicia potwierdza pesymistyczne zapatrywania na najbliższą przyszłość. Aż trzy sesje zabrało popytowi odrobienie strat poniesionych 16 kwietnia. Wzrost zatrzymał się prawie dokładnie przy 1128 pkt, czyli w miejscu przełamanego w połowie bieżącego miesiąca wsparcia w postaci górnej granicy wielotygodniowej konsolidacji. To ostatecznie przekonuje, że nie ma co liczyć na wypełnienie zasięgu zwyżki, wynikającej z jej wysokości. A nadzieje na to były duże. Zasadne są w tej sytuacji obawy, że rozczarowanie inwestorów negatywnym obrotem sprawy napędzać będzie ruch spadkowy. Obraz indeksu poprawiłoby pokonanie na zamknięciu bariery 1128 pkt. Po tym, co zobaczyliśmy wczoraj jest to mało realne.