Dawno nasz rynek nie zachowywał się tak fatalnie na tle zachodnich indeksów. Jeszcze niedawno chociaż węgierski Bux towarzyszył nam w tej słabości, ale teraz jest już bliski najwyższych poziomów od czerwca 2001 r. Bez większego kłopotu uporał się wczoraj ze szczytem z początku kwietnia, podczas gdy nam do kwietniowej górki brakuje ponad 50 pkt. Jeśli zaś chodzi o analogiczne listopadowo/grudniowe maksy, to różnica wynosi 127 pkt.
Taka słabość nie powinna dziwić jeśli spojrzy się na wyceny polskich spółek. Wczoraj przed publikacją wyników rynek dotkliwie weryfikował wartość banków, które w odniesieniu do swoich zagranicznych odpowiedników z tej części Europy, powinny być notowane niemal połowę niżej. Dziwi jednak co innego. Od kiedy to fundamenty spółek miały jakiekolwiek znaczenie dla naszego małego rządzonego przez fundusze rynku? Nigdy w czasie tak dużych wzrostów na zachodnich parkietach. Teraz jest jednak drobna różnica. OFE do tej pory nie zostały jeszcze tak wyraźnie złapane przez zagraniczną hossę z niemal pustymi portfelami. Rynkowi brakuje giełdowego opiekuna, który w trosce o wycenę swoich jednostek popchnąłby rynek w odpowiednim momencie paroma większymi zleceniami. Oczywiście nie sprzyja też temu świąteczny kalendarz, ale i na mniej korzystnych sesjach mieliśmy emocjonujące ruchy.
Największy dylemat oczywiście jest taki, czy po majowym weekendzie indeksy zaczną nadrabiać zaległości korzystając z gorącego okresu przed referendum, czy też kończące wtedy wzrosty giełdy zachodnie pogłębią naszą słabość. Odpowiedź dadzą dopiero sesję pod koniec przyszłego tygodnia, gdy na rynek powróci już większość inwestorów i po publikacji pierwszych wyników (5 maja) zachowanie rynku będzie nieco mniej przypadkowe niż na ostatnich sesjach.