Spółki rozpoczynają sezon walnych zgromadzeń. Przyglądam im się zawsze z uwagą. Na WZA zwykle bowiem dzieją się ciekawe rzeczy.
Sezon zainaugurowały walne mniejszych firm. Moją uwagę zwróciły zmiany w radach nadzorczych. Rady to organ w polskich przedsiębiorstwach niedoceniany (nie mylić z "marnie opłacany"), choć obdarzony dużymi kompetencjami. Ale rady same sobie winne - nie dbają o szacunek. Zbyt często sprawiają wrażenie najbardziej zaskoczonych, kiedy okazuje się, że w firmie od dawna źle się dzieje. Może to wynika z doboru nadzorców? Kogo zatem wybiera się w skład rad nadzorczych? Rozmaicie bywa. Na przykład, emeryta. Nie mam nic przeciwko emerytom, przeciwnie. Uważam, że powinni sobie dorabiać, bo emerytury w naszym kraju są bardzo niskie. Kwalifikacje? Owszem, owszem... np. działalność w organizacjach młodzieżowych. A potem wieloletnie doświadczenie - cytuję - w aparacie. Jakim aparacie? - zapyta ze zdziwieniem niejeden z młodszych czytelników. Nie chodzi bynajmniej o aparat dentystyczny. Zbyt niewygodny, aby nosić go latami. Co innego aparat partyjny. Ten zapewniał niezły komfort. A że doświadczenie ekonomiczne raczej niewielkie, zwłaszcza że partia - ta od aparatu - zawsze z ekonomią była na bakier? Ostatecznie liczy się nie tylko doświadczenie, ale i dobre chęci.
Zresztą, kto to może wiedzieć, jakie kwalifikacje okażą się potrzebne. W radzie jednej ze spółek znalazł się generał służb specjalnych. Podobno w stanie spoczynku. Ale w te stany jakoś niewiele osób u nas wierzy. Niejeden czytelnik może się skrzywi, bo służby u nas dobrą opinią się nie cieszą. W tym przypadku ja jestem jednak "na tak". Nie tylko dlatego, że generał zasłużył sobie na szacunek jako wybitny ekspert w swej dziedzinie. Uważam, że akurat w przypadku tej firmy, w której radzie się znalazł, potrzebny jest ktoś, kto wreszcie dopilnuje, aby nic z niej nie wyciekało. A wyciekało sporo. Podobno zresztą przed laty i tak się służby spółką interesowały - ze względu na niektórych akcjonariuszy. Szkoda, że później straciły zainteresowanie. Właściciele firmy nie potraciliby może grubych milionów złotych.
Doradzam baczne przyglądanie się, kto w sezonie walnych w jakiej radzie się mości i z czyjej inicjatywy. Doświadczenie pokazuje, że nadzorca nadzorcy nierówny. Może inwestorzy powinni pomyśleć o rankingu: X jest w radzie - ktoś przynajmniej przeczyta dokumenty spółki, Y w niej zasiada - lepiej ze zdwojoną uwagą patrzeć na ręce zarządowi, bo na to, że Y coś zauważy, nie ma co liczyć.
Żałuję, że z rynku zniknęła firma 4Media. Chętnie kupiłbym jej jedną akcję i udał się na walne, a tam - jako akcjonariusz, bo z dziennikarzami jej "menedżerowie" nie chcą rozmawiać - zapytał członków rady o mechanizmy działania przedsiębiorstwa. Zapytałbym także, co robiła rada, kiedy spółka drwiła z inwestorów, kontrahentów i potem własnych pracowników. To klasyczny przykład nadzoru teoretycznego. Ale czy na pewno na naszym rynku jedyny?