Jaka jest różnica między podciąganiem rynku a spekulacyjnym kupnem pod referendum, mogliśmy przekonać się wczoraj. Gdyby na poprzednich sesjach zaangażował się poważniejszy kapitał, to żadne wyniki Cisco nie byłyby w stanie wyrządzić naszemu rynkowi krzywdy. Jednak z początku tygodnia mieliśmy jedynie wyciąganie indeksu na małych obrotach, a wczoraj płaciliśmy za to karę spotęgowaną zbytnim zbliżeniem się do kwietniowych szczytów i górnego ramienia półtorarocznego trójkąta na indeksie.
Bezpośrednim impulsem wyprzedaży były wyniki Cisco, przy których nawet nie chodzi o fakt, że były słabe, ale o to, że nie były świetne. Tylko bowiem przy dalszej euforii zachodnich parkietów nasz (przewartościowany) rynek byłby w stanie udanie zaatakować kwietniowe szczyty. Skoro we wpadających w euforię Stanach wyraźnie szykuje się na większą korektę (patrz indeksy nastroju, VIX, rekordowo niski VXN, dywergencje na wskaźnikach, "nieprzekraczalne" opory, o nieprzyzwoitej cenie niektórych spółek nie wspominając), to jeszcze jedyną alternatywą pozostaje spekulacyjna gra pod unijne referendum. Ostatnie sesje pokazały, że na oderwanie się od rynków zagranicznych jest jeszcze trochę za wcześnie. Tak naprawdę najdogodniejszy termin na bezkarne wzrosty to dopiero okres między trwającymi jeszcze tydzień wynikami spółek a czerwcowym referendum. Podczas tych trzech tygodni wszystko dałoby się uzasadnić, a na giełdzie czasami więcej nie potrzeba.
Jest jednak cały czas ten sam problem - niekorzystny kalendarz. Podczas bardzo dużych wzrostów na Zachodzie u nas mieliśmy świąteczne tygodnie i przygotowanie do wyników spółek, co skutecznie wpędzało rynek w konsolidację. Teraz gdy będzie okazja do wzrostów, zachodnie giełdy ustanowią w maju szczyty i straszyć będą polski rynek.