Mimo to, że poniedziałkowa sesja zakończyła się niewielkim wzrostem, była wyrazem słabości strony popytowej. Wciąż na parkiecie nie widać pieniędzy, które doprowadziły do imponującego wybycia w górę z 14 maja. Od tamtego czasu o przebiegu poszczególnych sesji w segmencie największych spółek decydują pojedyncze walory, więc trudno mówić o jednoznacznym trendzie wzrostowym. Zresztą ten mozolny ruch w górę, jaki obserwujemy od początku marca, ma bardzo specyficzną strukturę. Kolejne dołki na WIG20 zachodzą na poprzedzające je szczyty, a sekwencję kilku kolejnych zwyżkowych sesji ostatni raz widzieliśmy na początku kwietnia.

Coraz bardziej interesujący staje się wykres WIG20. Daje on możliwość fraktalnej interpretacji. Jego kształt rysowany od lata ub.r. zaczyna przypominać fragment powstały od końca października 2002 r. do stycznia 2003 r. Jeśli to podobieństwo miałoby się utrzymać, to trudno spodziewać się, by WIG20 przekroczył 1200 pkt. Nie pomogą w tym rynki zagraniczne, na których coraz wyraźniej gaśnie wiara w dalszy wzrost. Charakterystyczna była poniedziałkowa sesja w Eurolandzie, gdzie pomimo braku złych wiadomości indeksy nic nie zyskały. Ciekawa jest też sytuacja za Atlantykiem. Drożejące euro na razie nie ma wpływu na osłabienie notowań. A przypomnijmy, że poprzednio taka korelacja była silna. Teraz inwestorzy nie traktują tego jako sygnału ucieczki kapitału z USA, ale jako czynnik korzystny dla gospodarki. To tylko pokazuje, jak duży optymizm panuje na tamtejszych parkietach. Warto odnotować, że od marca najsłabszym indeksem amerykańskim jest DJIA. Poprzednio z takim zjawiskiem mieliśmy do czynienia jesienią 2001 r. Poprzedziło ono silną falę wyprzedaży. Wynika z tego, że inwestorzy najmniej chętnie kupują akcje blue-chips, a wolą te, które wcześniej najwięcej traciły. To sygnał, że obserwowana poprawa koniunktury jest znów tylko korektą w bessie. Weryfikacją jej trwałości będą publikowane w tym tygodniu dane o nastrojach konsumenckich i wydatkach osobistych. Mogą one przekonać, że samo zakończenie wojny z Irakiem to za mało, by wpłynąć na lepszą ocenę gospodarki przez gospodarstwa domowe.