Ostatnie badania opinii publicznej pokazują, że polskie społeczeństwo ma z jednej strony dość obecnych rządów, z drugiej zaś jego preferencje są bardzo zróżnicowane. Właściwie dokładnie tyle samo potencjalnych wyborców gotowych jest oddać głosy na SLD-UP, PiS i Samoobronę (około 20%). Wysokim poparciem cieszy się także Liga Polskich Rodzin. Co z tego wynika? Na razie niewiele. Badania opinii to jedno, wyniki wyborów to drugie. Tym bardziej że wybory odbędą się najprawdopodobniej najwcześniej za rok. Nie mamy się więc czym przejmować? No, nie do końca.

Prawdopodobieństwo, że siły populistyczne czy też radykalne przejmą władzę w Polsce, nie jest bardzo duże. A jeśli nawet uda im się wygrać wybory, to wcale nie jest pewne, czy wprowadzą w życie swoje kontrowersyjne postulaty dotyczące rozwiązań podatkowych czy polityki pieniężnej (przyprawiają one specjalistów o ból głowy). Innymi słowy to, że np. Andrzej Lepper chce wykorzystać rezerwy walutowe, aby ruszyć polską gospodarkę, nie oznacza, że jeśli zostanie premierem, będzie do tego dążył. Będąc w opozycji, prowadząc kampanię wyborczą politycy nie stronią od populizmu. Najważniejsze, żeby dobrze brzmiały. A czy są realne, zgodne ze zdrowym rozsądkiem? To już zupełnie inna sprawa. Potem zazwyczaj przychodzi opamiętanie. Zazwyczaj nie oznacza jednak, że zawsze.

Co w związku z tym? Nie mam zamiaru namawiać do głosowania na jednych, czy też niegłosowania na innych. Mam zamiar natomiast namawiać do głosowania w referendum unijnym.

Nigdy nie twierdziłem, że wejście do UE da nam tylko korzyści i to od razu. Nigdy nie byłem bowiem aż tak naiwny, aby wierzyć, że tzw. dobra Europa obsypie nas złotem. Jeśli jednak przystąpimy do Unii, dostaniemy szanse. Czy ją wykorzystamy, to już zupełnie inna sprawa. Obiektywny bilans "za" i "przeciw" jest jednak jednoznaczny. Wejście do Unii jest dla Polski zdecydowanie korzystne. Nie chcę przytaczać wszystkich argumentów na poparcie tej tezy, ale jeden wydaje mi się bardzo interesujący - właśnie w kontekście ostatnich wyników sondaży dotyczących preferencji politycznych. Jeśli zdecydujemy się wziąć udział w głosowaniu i opowiemy się za przyłączeniem naszego kraju do UE, to bez względu na wynik przyszłych wyborów znacznie trudniej będzie o przeprowadzenie różnego rodzaju "rewolucyjnych" zmian. Także zmian dotyczących polityki monetarnej czy gospodarczej. Unia spełniałaby więc rolę swoistego bezpiecznika chroniącego nas przed "nowatorskimi" koncepcjami. Konieczne jest jednak, aby nasze wejście wynikało z decyzji społeczeństwa, nie zaś parlamentu. Jeśli wejście do Unii będzie wynikiem decyzji nas wszystkich, a nie tylko naszych przedstawicieli, znacznie trudniej będzie na przykład podważać członkostwo Polski w UE. A o pomysłach na kampanie pod tego typu hasłami już zaczynamy słyszeć.