W jednym z popularnych programów publicystycznych w stylu "jeden na jeden" mogliśmy usłyszeć parę konkretów na temat tego, jak należy "prawidłowo" wykorzystać rezerwę walutową i rewaluacyjną. Pomińmy już nieścisłości związane z tymi pojęciami (to nie rezerwa rewaluacyjna gwarantuje stabilność systemu finansowego, ale rezerwy walutowe), czy też pomysł dodrukowania pieniędzy w celu rozruszania gospodarki. Skoncentrujmy się na haśle chwytliwym i jednocześnie niebezpiecznym: po co nam rezerwy walutowe, lepiej je rozdać i zasilić nimi gospodarkę. Tym bardziej że, jak twierdził zaproszony do programu polityk, rezerwy te lokowane są co najwyżej na 2%, a w tym czasie musimy pożyczać od zachodnich instytucji finansowych po 6%.

Pomijam już kwestię tego, że w rzeczywistości różnica między rentownością inwestycji dokonywanych przez NBP a kosztem zagranicznych kredytów jest znacznie mniejsza. Najważniejsze jest to, że rezerwy walutowe i pożyczanie pieniędzy przez rząd czy też przedsiębiorstwa, to dwie zupełnie inne sprawy. To nie jest tak, że bank centralny kupuje sobie waluty po to, żeby leżały w jego skarbcu, czy też po to, żeby je inwestować na świecie i czerpać z tego jakieś korzyści. Rezerwy buduje się, aby zabezpieczyć stabilność całego systemu finansowego. Po to, aby zapewnić jego płynność. Po to, aby móc zareagować w sytuacji gwałtownych zmian na rynku złotego. Po to, aby kurs polskiej waluty nie zmieniał się na okrągło o 10% w ciągu kilku dni. Po to wreszcie, aby próbować bronić się przed tzw. atakami spekulacyjnymi międzynarodowych potentatów finansowych. Oczywiście kwestią dyskusyjną jest, jaki poziom rezerw jest wystarczający. Z całą jednak pewnością proste porównywanie obecnej wysokości rezerw do stanu z początku lat dziewięćdziesiątych nie jest prawidłowe. Wtedy kurs walutowy był usztywniony, a rygorystyczne przepisy dewizowe ograniczały możliwość wolnego inwestowania zagranicznym spekulantom. Teraz kurs złotego jest uwolniony, a nowe prawo dewizowe umożliwia praktycznie nieograniczone przepływy. To zaś oznacza, że ryzyko wyraźnych zmian jest obecnie nieporównywalnie większe, rezerwy muszą więc być wyższe.

Nie można myśleć kategoriami: albo rezerwy, albo środki do budżetu czy dla przedsiębiorstw. To tak samo, jak dokonywać wyboru: albo jeść, albo pić. Musimy mieć rezerwy walutowe po to, aby zagwarantować normalne warunki funkcjonowania uczestnikom rynków finansowych, przedsiębiorstwom i zwykłym Kowalskim. Przedsiębiorcy, gdyby zapytać ich o kurs złotego, powiedzą, że najgorsze co może być, to niepewność i wyraźne zmiany w krótkim czasie. Dzisiaj złoty jest dość stabilny. Ale to m.in. efekt tego, że posiadamy rezerwy walutowe, które na większość międzynarodowych spekulantów działają jak straszak.

To nie tak, że w NBP jest 30 mld dolarów, które nie wykorzystane i nie pracujące marnieją, zamiast pomagać rozruszać gospodarkę. I nie jest to kwestia czyjegoś widzimisię. Takie są prawa ekonomii.