Kilka lat temu wyśmiewałem się z pomysłu tworzenia rządu apolitycznych fachowców. Jednak teraz przyznaję, że coś w tym jest. Nie da się ukryć, że w rządzie fachowców brakuje. Bo nawet afery, których coraz więcej otacza obecną Radę Ministrów, robią wrażenie czystej amatorszczyzny.
Aha - i żeby była całkowita jasność - mówiąc o fachowcach, nie mam na myśli zatrudnienia całej czeredy profesorów i doktorów. Wystarczy sobie przypomnieć historię Long Term Capital Management, funduszu hedgingowego, założonego przez naukowców od ekonomii, z których niektórzy dostali za swoje osiągnięcia Nobla. Fundusz padł z wielkim hukiem.
Jednak niech mi ktoś powie, dlaczego rządzą nami kompletni amatorzy?
Przykładowo - czy ma szanse na rynku firma, która w dobie spowolnienia gospodarczego nie stara się unowocześnić swoich przestarzałych towarów, a tylko podwyższa ich cenę, zwiększa zatrudnienie oraz zadłuża się coraz bardziej, choć możliwości obsługi długu się kończą? Firma, która ma patologiczną strukturę korporacyjną, bo rządzą nią kadrowcy niższego szczebla oraz kierownicy z nadmiernie rozdętego działu zakupów, a za kierunek rozwoju odpowiada w niej księgowy?
Tak funkcjonuje nasze państwo. W normalnej firmie, przy kurczącym się rynku zbytu, po prostu tnie się koszty. Czy ktoś słyszał o redukcji zatrudnienia w urzędach skarbowych po proponowanej przez ministra finansów likwidacji ulg podatkowych? A przecież uproszczenie zeznań podatkowych oznaczałoby mniej pracy dla urzędników. Czy któryś z ostatnich ministrów skarbu powiedział, że tak naprawdę setki firm, miliony hektarów ziemi i mnóstwo budynków państwu nie jest potrzebnych i tylko komplikuje zarządzanie? Owszem, zdarzali się ministrowie finansów, którzy nie kryli, że bez cięcia kosztów i redukcji długu nie da się prowadzić tego interesu, ale szybko zostali zastąpieni takimi, dla których bez porządnego deficytu nie ma budżetu.