Na zgromadzenie inwestorów Pioneera Arbitrażowego, które odbyło się w miniony poniedziałek, przyszli posiadacze zaledwie 0,9% certyfikatów wyemitowanych przez fundusz. To za mało, żeby zdecydować o likwidacji funduszu. Do tego trzeba głosów co najmniej dwóch trzecich udziałowców funduszu.
O zwołanie zgromadzenia inwestorów wystąpiła na początku maja grupa klientów (posiadacze 10,7% certyfikatów). Powód - niezadowolenie z dotychczasowych wyników funduszu. TFI wycenia obecnie certyfikaty na 108 zł. Oznacza to, że od lutego ub.r. (koniec subskrypcji) ich wartość wzrosła o 8%. Po odjęciu opłaty manipulacyjnej (2,5 zł od papieru) daje to zysk na poziomie 5,4%, czyli dwa razy mniej niż na bonach skarbowych w tym okresie.
"Arbitrażowy" radzi sobie gorzej niż oczekiwało TFI, które - co wynika z opłaty za zarządzanie - spodziewało się co najmniej 20-proc. zysków w skali roku. Inwestorzy zarzucają funduszowi, że to skutek tego, że nie wykorzystuje on możliwości arbitrażu (czyli zarabiania na różnicach w kształtowaniu się cen akcji i kontraktów terminowych). Zarządzający zaś tłumaczą, że takich okazji jest obecnie znacznie mniej niż w momencie tworzenia funduszu.
Osoby niezadowolone z wyników "Arbitrażowego" mają obecnie tylko jedną możliwość wyjścia z inwestycji - sprzedaż certyfikatów na warszawskiej giełdzie. Ich płynność jest jednak niewielka. Towarzystwo będzie umarzać papiery dopiero w momencie likwidacji funduszu, czyli w styczniu 2005 r.
- Szukamy jakiegoś rozwiązania dla niezadowolonych klientów - deklaruje jednak Andrzej Szewroski, prezes Pioneera. - Nie jest to takie proste. Nie chcielibyśmy przy okazji naruszyć praw pozostałych uczestników - dodaje.