Patrząc na wykres 60-min widać na nim dwie dynamicznie rosnące linie. Pierwsza to przyspieszona linia trendu wzrostowego, druga to 55-sesyjna średnia krocząca. Dopóki kontrakty nie przekroczą choćby jednej z nich, każdy spadek musi być traktowany jako korekta trendu wzrostowego, a wyprzedzanie sygnałów sprzedaży może skończyć się tym, czym wyprzedzanie ciężarówki przy podobnych dwóch kreskach narysowanych na jezdni. Co prawda, jeśli chodzi o brak podstaw do wzrostu (oraz opinie, że ciągną go wymuszone zakupy OFE) nie zmieniłem zdania, ale wyraźna dominacja popytu zupełnie nie pozwala "mieć racji" i również wymusza grę na wzrosty, nawet wśród takich niedźwiedzi jak ja.
Po wczorajszej sesji warto zauważyć, że w zeszłym tygodniu dwukrotnie mieliśmy sytuację, gdy zarówno indeks, jak i kontrakty notowały nowe maksima trendu wzrostowego, ale już samo zamknięcie było poniżej ostatnich szczytów. Wczorajsza sesja była pierwsza od tygodnia, na której popyt nie stracił siły w końcówce i zdołał utrzymać się na dziewiczych terenach aż do zamknięcia.
Po takiej sesji, niezależnie od notowań w USA, dzisiejsza atmosfera będzie równie sielankowa. Samo to wzrostu oczywiście jeszcze nie gwarantuje. Najpierw fundusze muszą uporać się z trzema poważnymi zaporami podaży - 115 zł na PEO, 15 zł na TPS i hamujące byki od zeszłego tygodnia 22 zł na PKN. Przejście któregokolwiek z tych poziomów dać może kolejny impuls do wzrostu i zapewne natychmiast zmniejszy jeszcze bazę na kontraktach. Warto także pamiętać, że od dzisiaj (od danych o 14.30) powinna powrócić na nasz rynek korelacja z rynkami amerykańskimi, na których, oprócz danych i bardzo ważnego wystąpienia Greenspana, będziemy mieć na każdej kolejnej sesji wysyp wyników najważniejszych spółek.