W przekonaniu wielu inwestorów ostatnie tygodnie na zachodnich rynkach akcji są bardzo zyskowne. Jednak, gdy przyjrzymy się im trochę bliżej, widać malejącą dynamikę ruchu wzrostowego. S&P 500, CAC - 40, FT-SE 100 nie są w stanie ustanawiać nowych szczytów z taką lekkością, jak 2-3 miesiące temu. Jedynymi niezmordowanymi bohaterami są Nasdaq, giełdy azjatyckie, a w Europie całkiem dobrze radzi sobie DAX. Ustanawianie nowych szczytów przez Nasdaq Composite przy jednoczesnym braku siły w S&P 500 czy DJIA świadczą o pierwszych oznakach wyczerpania potencjału wzrostowego. Najbardziej prawdopodobne wydaje się wejście rynków w 3-4 trend horyzontalny, który powinien być okresem dystrybucji. Są szanse, że właśnie ten okres będzie najlepszy dla emerging markets.

Zachowanie rynków w tym roku sprawia wrażenie jakby chciały zaprzeczyć utartym schematom: styczeń i luty zamiast być wzrostowe, przyniosły dotkliwe straty, natomiast kwiecień, maj i czerwiec dały dobrze zarobić. Dla wypełnienia "antyscenariusza" brakuje tyko ustanowienia szczytów w październiku i spadkowego listopada oraz grudnia. W moim przekonaniu taki rozwój wypadków wcale nie jest nieprawdopodobny. Kolejnym "pewniakiem" była gra wbrew ekstremalnym poziomom wskaźnika Inwestors Intelligence. Niedawno ustanawiał nowe rekordy optymizmu, a rynek mimo wszystko był w stanie rosnąć jeszcze wiele tygodni. Przypuszczam, że wiele osób było mocno zdziwionych nieskutecznością tego wskaźnika, i to właśnie oni byli zmuszeni do przeproszenia się z rynkiem i zamknięcia krótkich pozycji (lub doważenia portfeli).

Elementem, który przemawia za kontynuacją wzrostów, jest poprawiająca się szerokość rynku amerykańskiego. Poprawa trwa już wiele miesięcy. Dla kontrastu, zawężenie grona spółek biorących udział we wzrostach miało miejsce na kilka miesięcy przed załamaniem w 2000 roku. Wskaźnik szerokości rynku jest przeznaczony dla inwestorów bardzo cierpliwych. Jego wskazania są dosyć wiarygodne, ale mało precyzyjne.