Tak się zastanawiam, czy może by prowadzić ranking giełdowych przekrętów - najciekawszych i najbardziej demolujących wizerunek rynku publicznego? Może wzbudzałby on podobnie duże emocje, jak wirtualna gra giełdowa czy "esemesowy" konkurs na typowanie zamknięcia indeksu WIG20?
Zanim jednak przystąpimy do przyznawania miejsc rankingowych czołowym cwaniaczkom rynku, trzeba zacząć od skatalogowania typowych sposobów na robienie w konia inwestorów. Przede wszystkim należy wspomnieć o takich zabiegach jak:
- Obiecanki-cacanki dla
naiwnych - najpowszechniej stosowana pułapka na pieniądze inwestorów - obiecywanie złotych gór, dywidend, etycznego postępowania, właściwego traktowania akcjonariuszy mniejszościowych i innych tego typu ładnie brzmiących rzeczy. Najpierw trzeba naobiecywać, potem zebrać "cash" i zapomnieć o obietnicach i prognozach. A winą obarczyć okoliczności, rynek, globalizację, wrednych analityków czy dziennikarzy...
- "Pi-ar" przede wszystkim, głupku - niezwykle skuteczny sposób, w zależności od sytuacji konieczne jest zatrudnienie do realizacji tego zadania albo pięknej blondynki, albo supermacho (konieczne zapewnienie kasy na wydatki, sponsorowanie popijaw, dobry samochód, fajne ciuchy itp.). Chodzi o to, żeby analitykom czy dziennikarzom głupio było nie tyle pisać źle o spółce, ile psuć sobie kontakty z kimś tak fajnym (a nuż się coś zdarzy...). Najlepszym rozwiązaniem jest oczywiście sytuacja, kiedy to sam prezes (rzadko raczej: pani prezes) jest na tyle atrakcyjny, by oczarować i zbałamucić osoby piszące o firmie (oj, chyba znamy takie przykłady, nieprawdaż?).