Stany Nowy Jork i Massachusetts sprawdzają, czy maklerzy Morgan Stanley nie otrzymywali dodatkowych gratyfikacji za promowanie funduszy powierniczych należących do inwestycyjnej "rodziny" Morgan Stanley. Według prokuratur, firma maklerska mogła nie informować o tej praktyce swoich klientów, a także udzielać organom śledczym nieprawdziwych informacji. Wstępne dochodzenie wszczęto po anonimowej skardze jednego z maklerów, który zgłosił do władz regulacyjnych, iż jego przełożeni wywierają nacisk na promowanie określonej grupy własnych funduszy inwestycyjnych. Morgan Stanley stanowczo zaprzeczył wówczas na piśmie, jakoby dochodziło do takich praktyk. Ale przeciw bankowi są jednak zeznania składane przez pracowników domu maklerskiego.
Praktyka wyższego wynagradzania pracowników za promowanie określonej grupy instrumentów finansowych nie jest sama w sobie nielegalna, jednak według prokuratury Massachusetts, inwestorzy powinni być o tym informowani.
Morgan Stanley dopiero w ostatnich dniach przyznał się do prowadzonego dochodzenia i zadeklarował wolę współpracy z władzami. Śledztwu patronuje prokurator generalny stanu Nowy Jork Eliot Spitzer - ten sam, który rozdmuchał sprawę konfliktu interesów analityków w domu maklerskim Merrill Lynch. Zakończyło się to zapłaceniem grzywny w wysokości 100 mln USD.
Morgan Stanley może także zapłacić karę za naruszenie przepisów o emisji akcji na rynku pierwotnym w okresie technologicznego boomu. Sprawą zajmuje się National Association of Securities Dealers, a działania dyscyplinarne zapowiada także Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC).