Na polskim rynku królują polisy assistance samochodowego. Są one dodawane "bezpłatnie" do pakietów polis komunikacyjnych OC/AC/NW. Takie promocje bardzo często stosują zarówno zakłady ubezpieczeń, jak i producenci i importerzy samochodów. Mają one zachęcić klientów do zakupu ich produktów. Teraz, gdy nasiliła się walka w segmencie ubezpieczeń komunikacyjnych, ich ceny wzrosły o ponad 50%. Dlaczego?
Bezużyteczny gadżet
Z danych Urzędu Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych za 2002 r. wynika, że średnioroczna składka na indywidualną polisę assistance wynosiła zaledwie 13 zł. A co można było za to uzyskać? Niewiele. Gratisowe polisy upoważniały kierowców do otrzymania pomocy jedynie w razie wypadku samochodowego. W razie awarii pomoc można było uzyskać, gdy samochód znajdował się w odległości 50-70 km od miejsca zamieszkania (tzw. franszyza kilometrowa).
O tym, jak często klienci korzystali z tych polis, może świadczyć fakt, że firmy ubezpieczeniowe wypłacały średnio jedno odszkodowanie na 60 polis. Dla porównania, w ubezpieczeniach autocasco, z którymi assistance jest przecież ściśle związane, wskaźnik jest dziewięciokrotnie wyższy! Firmy ubezpieczeniowe oraz koncerny samochodowe nie rozdawały zresztą polis assistance bezinteresownie. Skorzystanie z tej usługi powoduje, że towarzystwa mają lepszą kontrolę nad wypłatami odszkodowań. Na miejscu wypadku dokonywana jest wstępna dokumentacja szkody - przez co potem trudniej jest "wyłudzić" odszkodowanie. Z kolei koncerny samochodowe mają pewność, że auta będą naprawiane w autoryzowanych stacjach obsługi. Oczywiście za pomocą znacznie droższych oryginalnych części.
Niewidoczna podwyżka