Gospodarka ożywia się, to jasne. Raport GUS za pierwsze półrocze 2003 r. dostarczył amunicji rządowi, urealniając ścieżkę wzrostu: rok 2002 - 1%, 2003 - 3%, 2004 - 5%. Sporne i wątpliwe jest tylko to, czy jest to ścieżka trwałego, zrównoważonego wzrostu. Takiego, jaki nie udał się dotąd nikomu w Europie Środkowowschodniej. O to martwią się wszyscy, z istotnym wyjątkiem. Tym wyjątkiem są nasze kręgi rządowe, tu obowiązuje bowiem horyzont roku 2005. Horyzont wyborczy, czyli logika cyklu polityczno--gospodarczego. Jeśli analizować politykę gospodarczą pod tym kątem, wszystko staje się zrozumiałe. Zrozumiała jest niechęć do niepopularnych reform, szczególnie budżetowych. Zwłaszcza że popyt sfery budżetowej jest składnikiem popytu krajowego. Zrozumiałe są uniki prywatyzacyjne jako strategia minimalizacji ryzyka. W horyzoncie wyborczym lat 2004-2005 potrzebne jest nakręcenie koniunktury, a kumulacja nierozwiązanych problemów staje się zmartwieniem następnego rządu.

Podkręcanie rynku w imię wyborczych potrzeb zdarza się w wielu szanujących się demokracjach. Dlatego właśnie konieczne reformy trzeba podejmować na początku kadencji. Źle dzieje się wtedy, gdy brak ofensywnych kroków na początku i sztuka przetrwania w końcówce rządzenia wyrywa kilka lat z kalendarza polskich reform. Tak jak to było w latach 1993-1997, dobrze wspominanych jako tłuste lata gospodarki, źle jako czas systemowego zaniechania. W otoczeniu wicepremiera Hausnera panuje całkowita jasność co do głównych, aktualnych zagrożeń.

Hausner opisał pułapkę zadłużenia publicznego, prezentując we wtorek w Sejmie informację o sytuacji gospodarczej kraju. Pomimo to rokroczne deficyty budżetowe i nierozwiązane problemy ZUS czy służby zdrowia, potęgują zadłużenie publiczne do 55% PKB w roku bieżącym, grożąc naruszeniem konstytucyjnej bariery 60% PKB w dwa lata. Rosną koszty finansowania niedoboru, skoro szwankuje najtańszy - wpływy z prywatyzacji. Jesteśmy o krok od pułapki, jakże dobrze intelektualnie rozpoznanej... A przecież jest jeszcze pułapka kapitalizmu państwowego, gdzie nie tylko znikają pieniądze podatników, ale czyhają rozmaite patologie, obficie w Polsce ilustrowane.

Nie można narzekać na liczbę programów rządowych. Można narzekać na to, że pośród wyjątków i specjalnie adresowanych przywilejów gubią się zasady. Na przykład zasada liniowego podatku powszechnego. Państwo najlepiej sprzyja przedsiębiorczości inwestując w infrastrukturę, edukację oraz pewność obrotu gospodarczego. Nie widać tej fundamentalnej inwestycji, stąd wątpliwość, czy Polska wyłamie się z reguły niezrównoważonego wzrostu, który w Europie Środkowowschodniej oznacza dwa kroki w przód, okupione krokiem do tyłu.