W ostatnich dniach zachowanie rynków giełdowych daje posiadaczom akcji sporo powodów do zaniepokojenia. Chodzi przede wszystkim o typowe dla trendu spadkowego reakcje na napływające informacje. Dobre wiadomości nie skłaniają do kupna, złe zaś wywołują przecenę. Najlepszym tego dowodem były piątkowe notowania w USA. Na warszawskim parkiecie zauważalne są podobne reakcje. Wyniki za II kwartał największych spółek nie są impulsem do dalszej zwyżki, choć w większości są nieco lepsze od prognoz i często sporo lepsze niż w II kw. 2002 r. Wszystko to jest niechybnym znakiem, że inwestorzy myślami wybiegają już dalej w przyszłość i zastanawiają się, jak wyglądać będą finanse przedsiębiorstw w drugim półroczu i czy uzasadnią one obecne wygórowane wyceny giełdowe.

Notowania na rynkach amerykańskich pokazują, że inwestorzy tracą na to nadzieję. Już w początkowej fazie sesji "pięćsetka" znalazła się poniżej dołka z końca czerwca. Jeśli zamknięcie wypadnie poniżej 975 pkt, śmiało będzie można mówić o zmianie trendu na spadkowy. Nawis podażowy, wynikający z dwumiesięcznej konsolidacji, napędzałby w takiej sytuacji zniżkę. Kupujący w czerwcu i lipcu akcje w nadziei na dalszy wzrost cen otrzymaliby sygnał, że ich oczekiwania były błędne. Z ekonomicznego punktu widzenia takie zachowanie indeksu oznaczałoby, że nie ma co liczyć na wyraźną poprawę koniunktury w USA w drugiej połowie roku. Należy to łączyć z ostatnim zdecydowanym wzrostem rynkowych stóp procentowych, sprowadzającym nowe kłopoty na gospodarkę, odbijającą dzięki bezprecedensowym w swojej skali bodźcom fiskalnym i monetarnym.

Może się więc okazać, że spadek S&P500 poniżej strefy 966-975 pkt jest kluczowym wydarzeniem dla giełdowych rynków w perspektywie kolejnych miesięcy. Zapowiada nie tylko odreagowanie zwyżki, rozpoczętej na wiosnę, ale jest początkiem kolejnej odsłony bessy, która doprowadzi do przebicia ubiegłorocznego minimum. Nie mogłoby to pozostać bez wpływu na ceny polskich akcji.