Mój redakcyjny kolega na pytanie, dlaczego akurat teraz gospodarka się ożywiła i co jest przyczyną poprawy, odpowiedział krótko: tak musiało być. Działania rządu nic tu nie mają do rzeczy. A w każdym razie bardzo niewiele. No więc skąd ożywienie? Z cyklu koniunkturalnego.
Analiza notowań na giełdzie dostarcza podobnych wniosków: jak spadało, to w którymś momencie musi zacząć rosnąć, choć kolejne dołki i górki rzadko wypadają na tym samym poziomie. Bez trudu można tę zasadę rozszerzyć na inne dziedziny życia, co w literaturze znalazło odzwierciedlenie w dwóch ważkich tezach: jak wywalają, to znaczy, że będą przyjmować, a jak wsadzają, to pewnie zaczną zwalniać (co jednakowoż - ku przestrodze niektórych - można też odwrócić). Teoria cykliczności nawet w tej chwili oddziałuje na rynek: większość inwestorów zastanawia się, jak sądzę, czy trwający kilka miesięcy wzrost sięgnął już zenitu i fala zacznie opadać, czy też "będzie rosło" dalej.
Podobnie jest z polityką. Czołówki gazet - ba, większość kolumn w tychże gazetach - nie pozostawiają wątpliwości, w jakiej fazie cyklu się znajdujemy. Sięgamy dna. Starachowice, Kielce, Warszawa i kilkaset innych miejsc - układy, kliki, mafie, łapówki, korupcyjne powiązania i zwykły bandytyzm. Na rynku sprawa też nie wygląda dobrze. Nawet w największych, najważniejszych firmach powstają pajęcze sieci, w które wpadać ma kasa. A zwerbalizowana w jednym z SMS-ów zasada: chwała nam i naszym kolegom - rozkwita w całej krasie w radach nadzorczych oraz zarządach wielu przedsiębiorstw i instytucji. Od dawna mamy na rynku do czynienia z łamaniem przepisów, podejrzanymi transakcjami i szemranymi inwestorami. Teraz to już jednak prawdziwy festiwal doniesień do prokuratury. "Szczytem" upadku było chyba walne Hydrobudowy Śląsk, podczas którego akcjonariuszy - bądź co bądź sporej publicznej firmy - próbowała rozpędzić i zastraszyć grupka osiłków (czyżby zapomnieli o corporate governance?), działających na zlecenie. W jakim my do licha kraju żyjemy?
No więc, sięgamy dna. Być może przekonamy się o tym wkrótce jeszcze nie raz - przypominam o znanej na giełdzie teorii zdechłego kota, który spadając z dużej wysokości, potrafi się odbić, zanim na dobre upadnie. Ja się jednak z tego cieszę - pamiętając o teorii cykliczności - że upadek jest taki mocny. Nie miejmy złudzeń. Nie można go było uniknąć. Afery i przekręty nie wzięły się znikąd. Skok na kasę nie rozpoczął się wczoraj. Wszystko to było. Toczyło przedsiębiorstwa, całą gospodarkę i państwo od dawna. I toczy nadal - za przyzwoleniem wielu z nas. Teraz jednak o chorobie się mówi - coraz częściej i dobitniej - zamiast skrzętnie ją ukrywać. Może to pierwszy krok do leczenia?
Mnie się zdaje, że dokonuje się jakieś przesilenie. Afery i przekręty będą zawsze, to jasne. Rzecz w tym, czy okażą się regułą, czy wyjątkiem, czy będzie na nie zgoda, czy też będą obnażane i przykładnie karane. To, rzekłbym, wybór cywilizacyjny. I taki wybór się teraz dokonuje. Albo będziemy przypominać Rosję z jej mafijno-oligarchiczną strukturą, także w gospodarce, i skorumpowanymi elitami albo - dajmy na to - bliższe nam pod różnymi względami - Niemcy. Media oszalały na punkcie afer, ale tym samym dokonały wyboru. A reszta? A nasi włodarze? Sprawiają wrażenie niezdecydowanych. Niektórzy tkwią po uszy w tym bagnie. Inni wzięli na przeczekanie. Na szczęście ich reguła cykliczności też dotyczy. Kto obserwuje np. pracę Sejmu, nie ma chyba złudzeń, że gorzej być już nie może, a więc musi być lepiej. W wielu spółkach, zwłaszcza tych, w których jest punkt styku między biznesem i gospodarką - sprawa wygląda podobnie. Więc może wkrótce doczekamy się poprawy, a kolejne dno cyklu nie wypadnie już tak nisko? n