Niedźwiedzie są, zdaje się, pod ochroną. Najwyraźniej jednak nie u nas. Polowanie trwa w najlepsze. Trup się ściele gęsto.
Trach... i misio leży. Krew się leje. Dobrze tak bydlakowi. Prześladował okolicę od ponad dwóch lat. Trach i kurs leci, i leci... Niedźwiedzie, wystraszone, pochowały się w matecznikach. Nie uświadczysz ich, drogi Czytelniku, nawet w rezerwatach, gdzie niegdyś paradowały dumnie, drwiąc sobie z myśliwych. PIA Piasecki, Atlantis, niektóre Mostostale i wiele innych - kiedyś roiły się od misiowatej zwierzyny. Teraz czasem tylko przemknie rozwścieczony kudłacz. A poza tym nic - pustki. Niektórzy strzelają już na wiwat. Aż do wyczerpania amunicji...
Myśliwych przybywa. Pojawiają się nowi i wracają starzy. Nawet ci, którzy odwykli już od noszenia strzelby. Jedni walą bezpośrednio z zakurzonych fuzji. Inni liczą na zawodowych Wojskich, nie bacząc na celność ich dotychczasowych strzałów. Niektórzy chcą się u nas zapisać do łowieckiej braci. - Halo, czy tu Parkiet? - Owszem - odpowiadam przyjaźnie, wietrząc bratnią, inwestorską duszę. - Chciałbym zapolować. Mam na oku takiego "chemicznego" zwierza. Jak pan myśli, można ustrzelić? - Nie doradzam myśliwym - ucinam krótko. - No, ale jak pan myśli, nie za słaby? Jakoś, kurczę, nie rośnie. Może za chudy, co? - dopytuje mój rozmówca. - A co Pan ma na myśli? - pytam zaciekawiony. - No, kondycję, oczywiście - odpowiada. - Wyniki mogę Panu podać, ale wnioski musi Pan sam wyciągnąć - mówię pojednawczo. - No tak, ale widzi pan, wyprzedałem trzódkę. Mam więc nieco paszy i chciałbym coś złowić. Tylko, no nie wiem, co... - mówi nieco już zniecierpliwiony. - Przykro mi. Musi Pan podjąć decyzję na własną odpowiedzialność i na własne ryzyko. - No, ale niech Pan powie, ta zwierzyna, no ta, o której wspomniałem, urośnie, co? Nie za słaba? - Powtarzam: nie udzielam tego typu rekomendacji. - Aha, znaczy, że za słaba - słychać rozczarowanie w głosie mojego rozmówcy.
Każdy szuka dorodnej sztuki. Najlepiej nie draśniętej jeszcze przez myśliwych. Wtedy trofeów dzielić przecież nie trzeba i splendor większy. Jestem pewien, że mój rozmówca wyruszył na łowy. Trudno usiedzieć w chałupie. Nagonka trwa przecież w najlepsze.
Nic dziwnego, że spłoszona zwierzyna czuje się skołowana. Sama patrzy, jak by tu się wystawić na strzał. - Halo, witam pana. Pomyślałem, że zadzwonię. Podzielę się dobrymi informacjami - mówi jeden z szefów zapomnianego przez myśliwych rezerwatu. - Czy zwrócił Pan uwagę na nasze osiągnięcia. Tu nam rośnie i jeszcze tu, to całkiem dobrze już wygląda - wylicza rzeczowo. - To chyba warto odnotować, co? - to dla niego pytanie retoryczne, oczywiście.