Rząd Leszka Millera odniósł wielki sukces - nagle, ni stąd ni zowąd, budownictwo mieszkaniowe zaczęło nam produkować lokale jak za starych, dobrych czasów kopalnie wydobywały węgiel na potęgę. Statystyki oszalały, bo w tabelkach zaczyna brakować miejsca na informacje o kilkusetprocentowych wzrostach liczby oddawanych mieszkań. Mamy boom - a niech mi pokaże ktoś jakiś rząd z ostatnich lat, który mógł się pochwalić czymś takim w budownictwie.
Oczywiście, jak zwykle bywa w przypadku tego rządu, nic nie jest takie, jakie się wydaje na pierwszy rzut oka. Bo nie jest tak, że nagle Polacy w iście stachanowskim tempie zaczęli sobie domy stawiać. O nie, one sobie stały już pewnie jakiś czas, ale nagle objawiły się w statystyce. A dlaczego - ano, rząd wypichcił ustawę, z której wynika, że każda budowa musi być kontrolowana. I ludzie na wyprzódki zaczęli informować, że dom już stoi i ma się dobrze, byle tylko przed wejściem ustawy w życie zdążyć. Bo z taką kontrolą to nigdy nie wiadomo - a jak się okaże, że coś jest nie tak, i trzeba będzie albo wydać parę tysięcy na kontrolera, albo kilkanaście lub kilkadziesiąt na poprawki. Sam widziałem, jak geodeta z gminy wyjaśniał moim krewnym, że on jest najważniejszy i jak zechce, to tak wymierzy pole, że z 2 hektarów zrobi się 1,5 hektara, chyba żeby dało się dogadać. A budowlańcy pewnie to i owo też umieją.
Wystarczy więc mała zmiana prawa, aby uzyskać sukces. Takie cuda jednak już się zdarzały. Kilka lat temu, gdy u władzy był pierwszy gabinet, wspierany przez organizację o nazwie SLD (niby teraz jest inny, choć wydaje się taki sam, zwłaszcza gdy na twarze popatrzeć), jego niebywałym sukcesem był spadek bezrobocia. A jak to osiągnięto? Ot, w odpowiedniej ustawie została zmieniona definicja bezrobotnego, a więc w chwili wejścia przepisu w życie kilkaset tysięcy Polaków znalazło zatrudnienie.
Nie ma to jak stare, dobre metody. Ot, dzięki ustawie chłop, który sobie posieje rzepak czy zasadzi kartofle, będzie teraz panisko. Bo do chłopa teraz się będą kolejki ustawić, żeby kupić te surowce, które trafią do każdego baku i zostaną spalone. Wprawdzie wychodzi na to, że taniej byłoby spalić wszystko od razu na polu, niż dokładać świństwo do benzyny, ale - najwyraźniej - władza jeszcze się nie zdążyła przełamać i na razie boi się swoją ulubioną metodą rozwijać gospodarkę na całego. Jest jednak szansa, że coraz bardziej wyraźne będą kształty nowego programu gospodarczego rządu, zakładającego rozwój ustawowy.
A pole do popisu jest. Mamy problem z hutami. Wystarczy więc uchwalić ustawę, że każdy Polak musi mieć 100-kilogramowy odważnik ze stali, żeby... na przykład wichura człowieka nie porwała i nie trzeba było wypłacać odszkodowań. Po uchwaleniu ustawy od razu rozejdzie się 3,5 mln ton polskiej stali i huty wreszcie zaczną prosperować. Kopalnie? A niech każdy kupi po tonie węgla na głowę. Służba zdrowia? Proponuję cegły (nie cegiełki), po 100 zł za ssztukę, żeby od razu i cegielnie wyrwały się z marazmu. PKP? 10 metrów szyny. Na tym systemie może też skorzystać GPW. Ot, mały przepis, że każdy obywatel musi mieć 10 walorów i zaraz będzie hossa, jakiej nikt nigdy nie widział.