Amerykańskie święto oznaczało z reguły zmniejszoną aktywność na GPW. Wczoraj jednak jedyny efekt braku notowań za Oceanem to zupełna bezkarność funduszy. To, w połączeniu ze świetną atmosferą przeniesioną z piątkowej końcówki, dało wybuchową byczą mieszankę pozwalającą uciec do góry polskim indeksom nawet od równie silnych giełd naszego regionu.
Decydującym momentem sesji było bardzo szybkie odrobienie porannej korekty i przejście sesyjnych szczytów na indeksie niemal bez żadnego oporu podaży. Gdy inwestorzy zobaczyli, że do wywołania tak szybkiego wzrostu wystarczy tylko lekko popchnąć kostki domina, rozpoczęły się wyścigi do kupna. Wyglądało to jak klasyczna euforia i nawet nie ma sensu szukać logiki w zachowaniu niektórych spółek. Spółki informatyczne ścigały się z bankami, zostawiając za sobą sierotkę TPS. Tak bezkarnie rosnący rynek aż krzyczy o ukaranie wszystkich wieszczących "oczywiste" dalsze wzrosty, ale nawet na takiej sesji jak wczorajsza, zabrakło na kontraktach podstawowego elementu układanki pozwalającej próbować szukać (zgadywać) szczytu. Z reguły jego wyznaczeniu towarzyszy mocny spadek liczby otwartych pozycji. Wyraźnie wskazałoby to, że wzrost napędzany jest już tylko przez kapitulujące niedźwiedzie. LOP jednak wczoraj wzrósł o ponad 1,6 tys. pozycji, a lekki jego spadek na koniec sesji należy tylko i wyłącznie przypisać day-traderom.
Na dzisiaj "oczywiście" dalej nie ma alternatywy dla długich pozycji. Trzeba być jednak też świadomym, że po takiej sesji i na tych poziomach wystarczy iskierka ze strony któregoś z dużych funduszy, by albo wczorajszy wyczyn powtórzyć, albo załamać rynek głęboką korektą. Ale dopóki taka się nie pojawi, trzeba przestać myśleć i podążać za trendem. Z łapaniem szczytu można spóźnić się o kolejne 87 pkt.