Jak się wydaje na podstawie lektury komentarzy publikowanych w trakcie ostatniej wyprzedaży akcji na GPW, spadek ten traktowany jest powszechnie jako nieunikniona korekta ponad 5-miesięcznego nieustannego trendu wzrostowego. Nic w tym dziwnego. Byłoby przecież jak najbardziej naturalne, że układ sił pomiędzy podażą i popytem odpowiedzialny za tę falę hossy, nie zaniknie z dnia na dzień, a jeśli nawet zacznie słabnąć, to proces ten będzie przebiegał stopniowo, stając się czytelny dla uważnych obserwatorów rynku. O tym, że nie zawsze tak jednak bywa, można się było przekonać na wiosnę 2000 roku, kiedy to bessa rozpoczęła się bez ostrzeżenia po 5 miesiącach nieprzerwanej zwyżki (WIG wzrósł 61%, wobec 63% ostatnio). Oczywiście, można argumentować, że ówczesne załamanie było uzasadnione dwoma czynnikami, których obecnie nie można się dopatrzyć: restrykcyjną polityką pieniężną prowadzoną przez RPP i główne banki centralne na świecie oraz globalnym załamaniem cen akcji, które zainicjowało ówczesną bessę na GPW. Obecnie nikt na świecie (ze znamiennym wyjątkiem Chin, których bank centralny podniósł ostatnio stopę rezerw obowiązkowych, próbując wyhamować narastającego bąbla inwestycyjnego) nie ma zamiaru zaostrzać polityki pieniężnej, a właściwie wszystkie rynki akcji (z wyjątkiem giełd w ChRL właśnie) wyglądają obecnie stosunkowo zdrowo.

Argumenty te mają swoją wagę, można je jednak próbować podważać. Po pierwsze, to że banki centralne nie chcą podwyższać stóp procentowych nie oznacza, że nie zostaną do tego gdzieś w 2004 roku zmuszone kryzysami swych walut (dolar USA wydaje się idealnym kandydatem, by nie wspominać o innych). Po drugie, rynki akcji w USA nadal poruszają się z idealną precyzją japońską ścieżką z 1993 roku. Zakładam, że będą tak czynić nadal, co oznaczałoby, że gwałtowne załamanie rozpocznie się w październiku, po 55 tygodniach zwyżki i niezależnie od losów naszego rynku w ciągu najbliższego miesiąca zakończy on rok na tym samym poziomie, na którym go zaczął.