W minioną niedzielę na wstąpienie do strefy euro nie zgodzili się Szwedzi. Do tej pory nie zdecydowali się też na to dwaj inni członkowie UE - Dania i Wielka Brytania.
W Polsce ciągle toczy się dyskusja nad terminem przyjęcia wspólnej waluty. Według NBP, powinno to nastąpić możliwie najszybciej, tzn. w 2007 r. Pośpiech odradza natomiast Jerzy Hausner, wicepremier odpowiedzialny za sprawy gospodarcze.
Nie mamy wyboru
Gerassimos Thomas, rzecznik komisarza UE ds. ekonomicznych i walutowych, poinformował wczoraj, że wszystkie kraje członkowskie, z wyjątkiem Danii i Wielkiej Brytanii, które wywalczyły sobie specjalne warunki, "mają obowiązek przyjęcia euro, gdy będą do tego gotowe". Każde państwo samo określa ten termin, w zależności od tego, jak szybko "nadrobi zaległości" dzielące je od Unii.
W opinii ekonomistów, dla Polski dużo ważniejsze od samego przyjęcie euro jest spełnienie kryteriów, które to umożliwiają. Chodzi o utrzymanie niskiej inflacji, obniżenie stóp procentowych, ograniczenie deficytu i długu publicznego oraz stabilizację kursu walutowego. - To jest korzystne dla gospodarki. Powinniśmy do tego dążyć nie tylko w kontekście wstąpienia do strefy euro - twierdzi Marek Zuber, główny ekonomista TMS. - Niskie stopy procentowe to niższy koszt pozyskania kapitału dla przedsiębiorstw, mniejszy deficyt i dług publiczny oznaczają z kolei, że państwo przestaje stanowić silną konkurencję dla inwestorów poszukujących kapitału na rynkach finansowych. Stabilizacja waluty ułatwia z kolei tworzenie długoterminowych planów finansowych. Ma to znaczenie szczególnie dla eksporterów - dodaje.