W Komisji Papierów Wartościowych i Giełd leży sporo prospektów emisyjnych. Kolejne spółki chcą dołączyć do - było nie było - elitarnego grona firm notowanych na parkiecie. To cieszy, nawet bardzo. Ciekaw jednak jestem, czy mają już gotową filozofię sprzedaży akcji, czy też - nie daj Boże - będą czerpać ze starych, niekoniecznie udanych wzorców.
Pamiętacie Państwo, co oznacza skrót PDK? Wiem, wielu inwestorów - przepraszam za wyrażenie: weteranów - nie ma z jego rozszyfrowaniem problemów. Teraz jednak na giełdzie pojawiło się ponoć trochę nowych osób. Niektórzy inwestują sami, inni zaufali funduszom akcyjnym. Zapewne nikt nie chciałby zostać PDK. Bo to nic przyjemnego. Już, już wyjaśniam, o co chodzi. O pieniądze, oczywiście. I o sposób, w jaki są wydawane. Bywały takie czasy na giełdzie, kiedy spółkom i obsługującym je pośrednikom, w tym czasem i biurom maklerskim, wydawało się, że inwestorzy są od dawania pieniędzy. Po prostu. Toteż ukuto określenie - Prości Dawcy Kapitału, czyli tacy, którzy powinni dać kasę i modlić się, aby się nie zmarnowała, lecz rozmnożyła z pożytkiem dla firmy i jej nowych akcjonariuszy. PDK nie powinni o nic pytać ani zastanawiać się, czy warto, czy też nie, lokować środki w dane przedsięwzięcie. Wszelkie analizy też mogą sobie odpuścić. To nie dla maluczkich. Od tego są eksperci. Ci, którzy organizowali publiczne oferty, zwykle byli o nich jak najlepszego zdania. I zachęcali do zakupu akcji. Rzeczywistość nierzadko boleśnie - dla PDK oczywiście, bo eksperci wzięli swoje - weryfikowała ich założenia. Zachwalanych przez nich spółek nie ma już na parkiecie. Filozofia PDK poczyniła ogromne spustoszenie nie tylko w portfelach wielu graczy, ale i na rynku jako takim. To jeden z powodów, dla których inwestorów giełdowych skłonni byliśmy już uznać za wymierający gatunek.
Po co przypominam zamierzchłe czasy, strasząc giełdowy narybek i rozdrapując rany bardziej doświadczonych inwestorów? Cieszą mnie symptomy ożywienia na rynku pierwotnym. Symptomy, bo dopóki nie będzie wysypu ofert, o ożywieniu trudno mówić. W KPWiG prospektów przybywa. Spółki poszły po rozum do głowy i przypomniały sobie, do czego służy giełda. Teza, że jest kluczowym instrumentem alokacji kapitału, w ostatnich latach była trudna do obrony. Ale coś się wreszcie zmienia, Może nawet giełdowa zamrażarka, w której wiele firm przebywa od lat, zostanie w końcu rozmrożona? Kto wie.
Ktoś musi kupić akcje z nowych ofert. Podaż może być - i oby wreszcie była - spora. Tym bardziej że w przyszłym roku szykuje nam się kilka wielkich prywatyzacji (kiedyś Skarb Państwa musi przyspieszyć sprzedaż firm, bo pękający w szwach budżet nie udźwignie ciężaru zadłużenia). Ale i wcześniej powinniśmy mieć na tapecie sporo ciekawych projektów. Ofertę przygotowuje np. bardzo duża spółka - Impel. Właśnie dla takich firm jest miejsce na giełdzie. Dynamicznych, perspektywicznych, prących ostro do przodu. Część wpływów z oferty chce przeznaczyć na skup (a potem umorzenie) akcji od dotychczasowych właścicieli. Mam nadzieję, że powie wprost, dlaczego buy back ma być lepszy od publicznej sprzedaży papierów przez dotychczasowych akcjonariuszy (to kwestia podatku?). Do ofert szykują się też niektóre publiczne firmy, np. Ster-Projekt. Chce przejmować inne przedsiębiorstwa, czyli chce się rozwijać - i słusznie. To doświadczona spółka, mam nadzieję, że nie zapomni poinformować, kogo, na jakich warunkach i po co chce przejmować. Hoop długo nie mówił o szczegółach, wspominając jedynie o krajowych i zagranicznych firmach, które ma na celowniku. A i potem nie był zbyt wylewny. To się nie podobało nie tylko kontrowersyjnemu "analitykowi", który po swojemu "rozsupłał" tę zagadkę. A państwowe firmy? No, one to chyba powinny przygotować przed debiutem na giełdzie coś w rodzaju "raportu otwarcia", tylko cokolwiek bardziej rzetelnego.
Mam nadzieję, że filozofia PDK nie jest już modna, że rynek dojrzał, a oferty są (będą) dobrze przygotowane nie tylko pod tym kątem, jak wziąć kasę. Po co była potrzebna publiczna oferta - dajmy na to - Jutrzence? Żeby część pieniędzy potrzymać kilka lat na koncie i wydać je na... skup własnych akcji? "Słodka" spółka nie była wyjątkiem. Takie przykłady niekoniecznie są dobrą zachęta dla inwestorów do kupowania akcji.