Komunikat kończący weekendowe spotkanie G-7 wzywający do większej ?elastyczności? kursów walutowych został powszechnie zinterpretowany przez rynki jako zapowiedź kolejnej fali spadku wartości dolara, tym razem głównie wobec walut azjatyckich. Reakcja rynków akcji była jednoznacznie negatywna. Dokładnie odwrotnie było w przypadku zagranicznych rynków obligacji. To zachowanie jest zgodne z obserwowanym od lat schematem, w którym słaby dolar zwykle towarzyszy spadkom cen akcji na świecie, równocześnie sprzyjając cenom obligacji (fakt, że hossa na polskim rynku obligacji rozpoczęła się w październiku 2000 r. dokładnie równocześnie z początkiem wzrostu euro względem dolara nie jest tak przypadkowe, jak to się mogłoby wydawać). Fenomen ten można próbować wyjaśniać zwracając uwagę, że USA pozostają głównym źródłem przyrostu popytu na świecie (poprzez kolejne dmuchane przez Alana Greenspana bąble kredytowe), a równocześnie głównym źródłem przyrostu podaży są prowadzące politykę stałego względem USD kursu walutowego Chiny. Spadek dolara oznacza zmniejszenie wartości popytu generowanego przez USA, a równocześnie dalsze zwiększenie konkurencji ze strony przemysłu Chin, której i bez tego dewaluacyjnego dopingu coraz trudniej się oprzeć innym krajom. Słabnący dolar bierze więc świat w deflacyjne nożyce spadku wartości amerykańskiego popytu oddziałującego na świat poprzez rekordowy deficyt obrotów bieżących (ponad 500 mld USD rocznie) i dalszej obniżki cen towarów produkowanych przez Chińczyków.

Rozmiary 2,5-letniej głowy z ramionami na JPY/USD sugerują osłabienie dolara do najniższego od 1995 roku poziomu 100 jenów. Przy założeniu poprawności powyższej interpretacji byłaby to bardzo zła wiadomość dla rynków akcji. Zakładam więc, że analogii dla obecnej sytuacji światowych giełd należy szukać na przełomie marca i kwietnia 2002 r., a zakończona właśnie półroczna fala wzrostów na zachodnich giełdach okaże się z czasem kopią 6-miesięcznej globalnej zwyżki z okresu wrzesień 2001?marzec 2002 r.