Inwestorzy nie znajdują aktualnie powodów do bardziej zdecydowanych zakupów. Dopóki trwała euforia, nikt nie zwracał uwagi na racjonalne argumenty. Jednak nastroje w bardzo krótkim czasie zmieniły się o 180 stopni. Od początku września mieliśmy w zasadzie jedną udaną dla byków sesję. Widać, że w zachowaniach inwestorów przeważają teraz obawy, a nie nadzieje związane z przyszłością. O ile jednak w pierwszej połowie miesiąca skłaniały one do wyprzedaży przewartościowanych akcji, to przez ostatnie dwa tygodnie jedynie zniechęcają do ich nabywania. W rezultacie WIG20 ustabilizował się na poziomie nieznacznie powyżej 1500 pkt. W tej sytuacji kluczowe jest pytanie, która ze stron rynku znajdzie powody do bardziej zdecydowanego działania. Jeśli będzie to podaż, przy słabym popycie obserwowanym we wrześniu, wywoła to znaczną przecenę.
Nawis podażowy
Przez cztery tygodnie WIG20 stracił ponad 200 pkt. Można się zastanawiać, czy to dużo czy mało. Biorąc pod uwagę tylko skalę sierpniowej zwyżki, nie tak wiele. Indeks w miniony poniedziałek znalazł się na najniższym poziomie od 20 sierpnia. Warto jednak zwrócić uwagę na jeden fakt. Właśnie od 20 sierpnia obroty na giełdzie zaczęły gwałtownie rosnąć. Okazuje się, że ci, którzy stali po stronie popytu w okresie wzmożonej wymiany akcji, teraz już nic na nich nie zarabiają. Wraz z wyraźnym spadkiem wartości WIG20 poniżej 1500 pkt zaczną tracić. A to może skłonić ich do wyprzedaży papierów. Równocześnie niepokojące jest to, że tak znaczący spadek indeksu nie jest traktowany jako dobra okazja do kupna. Są to cechy charakterystyczne dla trendu spadkowego.
Trwający od dwóch tygodni wyraźny odwrót od dolara wywiera presję na spadek kursów na światowych rynkach. Osłabienie amerykańskiej waluty wobec jena, skłoniło do pozbywania się japońskich walorów (Nikkei przez tydzień stracił ponad 5,5%), wobec euro zaś - do sprzedaży papierów europejskich firm (niemiecki DAX przez minione pięć dni obniżył się o 8%). Ucieczka od dolara została zinterpretowana jako wynik odpływu kapitału z USA i przełożyła się na zniżkę również na Wall Street (nie wspomina się już, że spadek wartości dolara jest korzystny dla eksporterów). Nie ma obecnie żadnych przesłanek, aby te tendencje miały się odwrócić. A to oznacza, że światowe parkiety są dopiero na początku fali spadkowej.
Obniżka wartości dolara w stosunku do wspólnej waluty powoduje wzrost kursu euro do złotego. Wiadomo, że ponad połowa polskiego długu publicznego jest denominowana w euro, a plany rządowe zakładają zbliżenie się do ostrzegawczej granicy 55% w relacji długu do PKB, przy założeniu ceny wspólnego pieniądza na koniec 2004 r. na poziomie 4,25 zł. Przekroczenie tej bariery spowodowałoby ogromne komplikacje. W tej sytuacji warto przytoczyć słowa Krzysztofa Rybińskiego, głównego ekonomisty BPH PBK: - Polska już stoi na krawędzi i wieje duży wiatr. Możemy albo zatrzymać się na niej, albo spaść w przepaść.