Wczorajsza sesja była na warszawskim parkiecie próbą odreagowania wtorkowego spadku, w wyniku którego nasze indeksy zanotowały prawie trzyprocentową przecenę. Pewna korekta wystąpiła, trudno było jednak doszukać się zmasowanego ataku kupujących. Wyglądało to raczej na chwilowe wycofanie podaży, co potwierdziły zresztą skromne obroty. WIG20 zbliżył się więc do poziomu 1500 pkt, ale strefa ta stanowi najwyraźniej barierę, dla pokonania której strona popytowa będzie musiała wykazać się znacznie większą aktywnością niż wczoraj. Kontrakty terminowe ciągle utrzymują niewielką dodatnią bazę, sugerując lekką przewagę optymistów. Właśnie taka sytuacja utrzymywała się przez prawie cały wrzesień, kiedy to WIG20 obniżył swoją wartość o ponad 200 pkt.

Po wtorkowej zniżce rynek doszedł do poziomu, który przy odrobinie dobrej woli można uznać za docelowy zasięg korekty. To oznaczałoby, że w najbliższym czasie dużo niższych cen już nie będzie. Wydaje się jednak, że przywoływane dość często w komentarzach i prognozach wsparcie w okolicach 1460-1470 pkt jest zbyt powszechnie uznawane za kluczowe, aby mogło odegrać taką rolę. Dlatego bardziej wiarygodny jest poziom pokrywający się z górnym ograniczeniem konsolidacji z lipca tego roku, czyli strefa 1380-1390 pkt dla indeksu WIG20.

W obecnej sytuacji makroekonomicznej naszego kraju trudno zresztą o jakieś, głębsze pokłady optymizmu, no chyba że się jest członkiem Rady Ministrów. Przedstawienie założeń do przyszłorocznego budżetu i ich ocena zdominowały w ostatnich dniach serwisy ekonomiczne. Obserwacja dramatycznie tracącego na wartości złotego dostarcza chyba najwymowniejszych dowodów, jakie opinie dominują wśród inwestorów. Bo trudno uznać za poważne tłumaczenia, że winni w dużej mierze są niezależni analitycy. Wydaje się, że jeśli rząd nie uczyni czegoś przekonywającego w celu uspokojenia rynków, to obawy o stan finansów publicznych w najbliższych latach okażą się silniejsze, niż nadzieje na dobre wyniki finansowe spółek po drugim kwartale. n