Czwartkowy, najsilniejszy od września 2001 roku, 5,1-proc. spadek wartości tokijskiego Nikkei 255 świadczy o tym, że półroczna ogólnoświatowa fala wzrostów na rynkach akcji zaczyna wykazywać wyraźne symptomy słabnięcia. Przypadek Japonii można próbować tłumaczyć negatywnym wpływem wzmocnienia jena na kondycje tamtejszych eksporterów, ale znaczący spadek dynamiki wzrostu można obserwować również na giełdach w Europie i w USA. Warto zauważyć, że wczorajsze przełamanie przez Nikkei półrocznej linii trendu wzrostowego kilka godzin później zostało powielone na giełdzie warszawskiej przez WIG20. Na wykresie tygodniowym ta stanowiąca obecnie opór linia trendu znajduje się obecnie nieco poniżej poziomu 1600 pkt. Sądzę, że będzie ona na początku listopada testowana od dołu po tym, jak rozpoczęta tydzień temu zniżka zakończy się niebawem nieco poniżej wrześniowego dołka.

Rynki akcji zwykle wyprzedzają wydarzenia zachodzące w realnej gospodarce o 1-2 kw. Przykładowo, w 2000 roku szczyt globalnej hossy w I kw. poprzedził maksymalne tempo wzrostu PKB na świecie, które wypadło w II kw. Podobnie obecnie niezwykle optymistyczne prognozy tempa wzrostu gospodarczego w USA w końcówce roku są już zapewne odzwierciedlone w cenach akcji. Z kolei typowa anatomia pękniętej "bańki inwestycyjnej", którą można studiować na japońskim przykładzie sprzed dokładnie 10 lat, sugeruje, że tegoroczne odbicie na rynkach akcji dobiega już swego kresu, a okres listopad-styczeń przyniesie gwałtowny powrót indeksów głównych rynków do poziomów z marca. Gdyby tak rzeczywiście się stało, to poważnie ucierpiałyby również bardzo silne w tym roku rynki wschodzące", do którym ciągle zalicza się i nasz kraj. Oczywiście, bezprecedensowa stymulacja monetarno-fiskalna, której została poddana gospodarka USA (i świata) w ostatnim okresie, może dawać nadzieje optymistom, ale nie należy zapominać, że akcje w USA są obecnie równie skrajnie przewartościowane jak 3 lata temu i nawet sam Alan Greenspan nic nie może na to poradzić.