Gdyby dzisiaj premier Leszek Miller wygłaszał swoje exposé, to mógłby wykorzystać tekst, który wygłosił dwa lata temu. Niewiele w nim musiałby zmieniać, zwłaszcza jeżeli chodzi o rządowe plany wobec gospodarki. "Trzeba uratować państwo przed bankructwem" - deklarował wówczas premier, kreśląc zadania rządu na najbliższe sto dni, najbliższy rok i całą kadencję. I rząd, a raczej trzech kolejnych ministrów finansów: Marek Belka, Grzegorz Kołodko i Andrzej Raczko, ratowało państwową kasę. Marek Belka uznał po kilku miesiącach sprawowania urzędu, że wypełnił swoją misję i "nie będzie kopał się z koniem". Pomysły Grzegorza Kołodki nie znalazły uznania w oczach opinii publicznej, prezydenta i Trybunału Konstytucyjnego, chociaż rząd i parlament zaakceptowały pomysł abolicji podatkowej i powszechnych deklaracji majątkowych. Andrzej Raczko pozostaje w cieniu superministra Jerzego Hausnera, który jest ostatnią nadzieją rządu Leszka Millera, nadzieją nie na reelekcję (poparcie dla rządu jest minimalne, a spadnie jeszcze bardziej, gdy zostanie zrealizowana strategia ministra gospodarki), lecz na zapisanie się w historii jako rząd, który zdecydował się na radykalne reformy finansów publicznych.
W trakcie ostatniej kampanii wyborczej, opozycyjna wówczas SLD wiedziała, jak ratować państwo. Potem można było odnieść wrażenie, że przejęcie władzy było dla lewicowych polityków zaskoczeniem, chociaż już kilka miesięcy przed wyborami sondaże opinii publicznej wskazywały zwycięzcę. "Szuflady okazały się puste".
Słuchając premiera i jego ministrów można odnieść wrażenie, że wybory parlamentarne odbyły się we wrześniu tego roku, a nie dwa lata temu. Miesiąc temu koalicja SLD-UP zwyciężyła i obecnie przedstawia swój program gospodarczy na całą kadencję. Niestety, dwa lata tej kadencji już minęły i nie da się tego odrobić. Dla strategicznych reform dwa lata zostały stracone. Grzech zaniechania ma w gospodarce wysoką cenę i trudno otrzymać rozgrzeszenie.
Grzech pierwszy
Zaniechanie reformy