Reklama

Tak być musiało

W 2001 r. premier zapewniał, że za cztery lata jego następca "przejmie gospodarkę w stanie umożliwiającym jej dalszy rozwój". Jeżeli tempo i kierunek zmian w następnych dwóch latach będą takie, jak dotychczas, to nowy premier będzie mógł powtórzyć słowa Leszka Millera z jesieni 2001 r.: "w ciągu tych czterech lat Polska straciła dużo, zbyt dużo".

Publikacja: 25.10.2003 10:45

Gdyby dzisiaj premier Leszek Miller wygłaszał swoje exposé, to mógłby wykorzystać tekst, który wygłosił dwa lata temu. Niewiele w nim musiałby zmieniać, zwłaszcza jeżeli chodzi o rządowe plany wobec gospodarki. "Trzeba uratować państwo przed bankructwem" - deklarował wówczas premier, kreśląc zadania rządu na najbliższe sto dni, najbliższy rok i całą kadencję. I rząd, a raczej trzech kolejnych ministrów finansów: Marek Belka, Grzegorz Kołodko i Andrzej Raczko, ratowało państwową kasę. Marek Belka uznał po kilku miesiącach sprawowania urzędu, że wypełnił swoją misję i "nie będzie kopał się z koniem". Pomysły Grzegorza Kołodki nie znalazły uznania w oczach opinii publicznej, prezydenta i Trybunału Konstytucyjnego, chociaż rząd i parlament zaakceptowały pomysł abolicji podatkowej i powszechnych deklaracji majątkowych. Andrzej Raczko pozostaje w cieniu superministra Jerzego Hausnera, który jest ostatnią nadzieją rządu Leszka Millera, nadzieją nie na reelekcję (poparcie dla rządu jest minimalne, a spadnie jeszcze bardziej, gdy zostanie zrealizowana strategia ministra gospodarki), lecz na zapisanie się w historii jako rząd, który zdecydował się na radykalne reformy finansów publicznych.

W trakcie ostatniej kampanii wyborczej, opozycyjna wówczas SLD wiedziała, jak ratować państwo. Potem można było odnieść wrażenie, że przejęcie władzy było dla lewicowych polityków zaskoczeniem, chociaż już kilka miesięcy przed wyborami sondaże opinii publicznej wskazywały zwycięzcę. "Szuflady okazały się puste".

Słuchając premiera i jego ministrów można odnieść wrażenie, że wybory parlamentarne odbyły się we wrześniu tego roku, a nie dwa lata temu. Miesiąc temu koalicja SLD-UP zwyciężyła i obecnie przedstawia swój program gospodarczy na całą kadencję. Niestety, dwa lata tej kadencji już minęły i nie da się tego odrobić. Dla strategicznych reform dwa lata zostały stracone. Grzech zaniechania ma w gospodarce wysoką cenę i trudno otrzymać rozgrzeszenie.

Grzech pierwszy

Zaniechanie reformy

Reklama
Reklama

finansów publicznych

Rząd Leszka Millera znalazł się między młotem a kowadłem. Z jednej strony, kontynuując politykę poprzedników, doprowadził do ogromnego deficytu w państwowej kasie. Deficytu, którego nie ma z czego sfinansować i który jest główną przyczyną słabego tempa wzrostu gospodarczego. W tym roku po raz pierwszy wrześniowa emisja pięcioletnich obligacji nie znalazła nabywców. Inwestorzy nie chcą pożyczać rządowi pieniędzy. Rząd znalazł się pod ścianą. Z drugiej strony, jest zakładnikiem własnego elektoratu, który protestuje, manifestuje, wychodzi na ulicę w odpowiedzi na każdą zapowiedź zmian.

W Polsce mamy 9 mln emerytów i rencistów. Ci pierwsi są stosunkowo młodzi, a na tych drugich wydajemy najwięcej na świecie (jako procent PKB), dwa razy więcej niż następna na tej liście Norwegia. Z państwowej kasy finansowane są zasiłki i inne świadczenia socjalne dla trzymilionowej armii bezrobotnych. Dla setek tysięcy mieszkańców wsi renty i emerytury są podstawowym źródłem dochodów.

Do państwowej kasy ustawia się także kolejka państwowych przedsiębiorstw proszących o wsparcie. W ubiegłym roku wartość pomocy publicznej przekroczyła 10 mld zł (każdy z podatników dołożył do państwowych przedsiębiorstw ponad 400 zł). Największą część tej kwoty stanowią dotacje i ulgi podatkowe. Przedsiębiorstwom państwowym pomagano, umarzając ich długi, udzielając preferencyjnych pożyczek i dopłacając do zaciągniętych kredytów. Listę beneficjentów państwowej kasy otwierają: PKP, która otrzymała wsparcie wartości 2,3 mld zł, oraz górnictwo, które zasilono ponad 1,7 mld zł. Kolej i kopalnie pochłonęły ponad 40% ubiegłorocznej pomocy publicznej.Wbrew wcześniejszym deklaracjom, a nawet podjętym przez poprzedników decyzjom, rząd nie obniżył podatków dla przedsiębiorstw (CIT). Dopiero w przyszłym roku zamierza je zredukować. Już kilka miesięcy wcześniej zapowiedział, iż nie będzie żadnych zmian w stawkach podatku od dochodów osobistych (PIT). Poprzednicy chcieli je obniżać, ale prezydent zawetował ustawę podatkową (w 2000 r.). W Polsce podatki wraz z innymi opłatami wynoszą prawie 40% PKB, zdecydowanie więcej niż w krajach, które podobnie jak my gonią światową czołówkę. Ten fiskalizm jest m.in. efektem swoistego podejścia do reformowania finansów publicznych. Kolejne rządy mówiły o "wzrastających potrzebach społecznych, które muszą być sfinansowane z budżetu". Tych, którzy przekonywali o potrzebie ograniczania wydatków, było zdecydowanie mniej niż sięgających do kieszeni podatnika. Kiedy Marek Belka zapowiedział wprowadzenie odpłatności za niektóre usługi publiczne, premier natychmiast zdementował słowa ministra finansów. Polski patent na reformę państwowej kasy polegał na zwiększaniu dochodów i wydatków. Taka "reforma" jeszcze nikomu się nie udała.

Grzech drugi

Pogarszający się klimat

Reklama
Reklama

dla biznesu

"W latach 90. Polska była krajem o stosunkowo otwartej gospodarce, w którym łatwo jest tworzyć miejsca pracy. Dzisiaj już tak nie jest" - stwierdził Michael Klein, wiceprezes Banku Światowego. Z raportu tej instytucji wynika, że w Polsce łatwiej jest dziś założyć firmę, ale potwornie dużo czasu potrzeba na zawarcie przez przedsiębiorstwo umowy gospodarczej (nawet do tysiąca dni i wymaga odwiedzenia osiemnastu instytucji). Ponadto koszt rozpoczęcia działalności jest w Polsce wyższy niż w Niemczech czy USA, o Danii nie wspominając. Rosjanie, Czesi i Słowacy także płacą mniej. Według ekspertów Banku Światowego, zarejestrowanie średniej firmy trwa przeciętnie 31 dni i kosztuje aż 925 dolarów. Czas potrzebny do zarejestrowania skraca się, ale nie zmniejsza się liczba dokumentów, które przyszły przedsiębiorca musi dostarczyć. Tak więc już na starcie przedsiębiorca odczuwa "przyjazny" klimat wokół niego i jego firmy i może tylko pozazdrościć swoim kolegom z Kanady i Australii, którzy muszą złożyć dwa dokumenty, a na rejestrację czekają maksimum trzy dni. Duńczyk może wykonać wszelkie niezbędne czynności przez internet.

Ale to dopiero początek drogi przez mękę. Spotkania z przedstawicielami fiskusa nie należą do przyjemności, a ich wynik jest jedną wielką niewiadomą. Zależną nie od przepisów prawa, ale od interpretacji, humoru i nastroju urzędnika. Media pełne są barwnych opisów firm wykończonych przez fiskusa, rząd zaś nieustannie zapewnia o chęci uproszczenia przepisów i wyeliminowania możliwości ich różnorodnej interpretacji.

Spotkania z fiskusem nie są jedynymi, przed którymi drży przedsiębiorca. O ile sześć lat temu 29 instytucji miało prawo kontrolowania firm, o tyle w ramach "ułatwiania życia" pracodawcom zwiększono ich liczbę do 40. W rządowym dokumencie "Przedsiębiorczość, rozwój, praca" znajdujemy kolejną deklarację: w 2004 r. liczba instytucji kontrolnych zmniejszy się do 23. Na ile jest to realne?

Grzech trzeci

Spowolniona prywatyzacja

Reklama
Reklama

Wszyscy podpowiadają rządowi, parafrazując słowa niemodnego już dziś "klasyka": prywatyzować, prywatyzować i jeszcze raz prywatyzować. A co odpowiada rząd Leszka Millera; "nie, nie, a może nacjonalizować?". W rezultacie wpływy z prywatyzacji są minimalne (w 2002 r. 2,2 mld zł, w tym roku zaledwie 1,5 mld zł), a jeżeli jeszcze podzielimy je pomiędzy trzech ministrów, którzy w ciągu dwóch lat kierowali resortem skarbu, to kwoty będą raczej symboliczne. Wiesławowi Kaczmarkowi udało się sprzedać warszawski Stoen i to właściwie wszystko. Reszta, a lista jest długa, czeka na lepsze czasy. PZU, PKO BP, Grupa Lotos, BGŻ, G-8, elektrownie, to tylko początek listy. "To trudne prywatyzacje, wymagają czasu, a i chętnych do zakupu niewielu" - powtarzają kolejni ministrowie. Zgoda, ale łatwo to już bJeżeli inwestor się pojawi (np. E.ON.), to długo jest cierpliwy, a potem znajdzie inne miejsce do robienia interesów. Prywatyzacja zawsze była grą różnych interesów. Dzisiaj są one szczególnie widoczne. Nieoficjalnie mówi się, że właśnie różnica interesów różnych grup i osób prywatnych była przyczyną rotacji w Ministerstwie Skarbu Państwa.

Polski Cukier, Polska Chemia, Polskie Huty, Polskie Leki, Polskie Rafinerie, narodowe koncerny rosną jak przysłowiowe grzyby po deszczu. Pytanie tylko: w jakim celu? Rząd nie mówi oczywiście o nacjonalizacji, ale o konsolidacji, potem restrukturyzacji i sprzedaży. Jeżeli chodzi o leki, to można się tylko domyślać, komu będą sprzedane.

Grzech czwarty

Wojna z bankiem centralnym i RPP

Żadnych gospodarczych efektów nie przyniosła "wojna" rządu z bankiem centralnym i Radą Polityki Pieniężnej. W marcu 2002 r. Sejm przyjął uchwałę, wzywającą RPP do wsparcia polityki gospodarczej rządu. Uchwała odebrana została jako zamach na niezależność banku centralnego, Rady i jej przewodniczącego.

Reklama
Reklama

Koalicja wspierana przez ugrupowania populistyczne zarzucała Radzie, że jej polityka wywiera negatywny wpływ na dynamikę wzrostu gospodarczego i utrudnia walkę z bezrobociem. Wprawdzie ówczesny minister finansów Marek Belka stwierdził, że uchwała nie jest próbą ograniczenia niezależności RPP, jednak kilka miesięcy później przyznał, że miał inny niż rząd pogląd na relacje z bankiem centralnym i Radą. Rząd zagroził przeforsowaniem nowej ustawy o NBP, o ile Rada nie zmieni swojej polityki. Nowelizacja przewidywała zwiększenie członków Rady (z 9 do 15) oraz rozszerzenie jej kompetencji o dbałość o "wzrost gospodarczy i stopę bezrobocia". Propozycja spotkała się ze sprzeciwem prezydenta, który zapowiedział zawetowanie takiej nowelizacji, oraz protestem międzynarodowych instytucji finansowych, w tym MFW.

Tymczasem Rada systematycznie obniżała stopy procentowe, wskazywała za każdym razem na ogromny deficyt finansów publicznych, apelowała o racjonalizację wydatków i ostrzegała przed powrotem inflacji. Jeszcze kilka miesięcy ministrowie obarczali Radę winą za wszystkie negatywne zjawiska w naszej gospodarce, chociaż wszyscy wiedzieli, że przyczyną minimalnego wzrostu gospodarczego jest przede wszystkim deficyt w państwowej kasie. Bankom komercyjnym bardziej opłacało się kupowanie rządowych obligacji niż udzielanie obciążonych większym ryzykiem kredytów dla przedsiębiorstw. Konflikt między rządem a NBP i RPP został wyciszony, chociaż z trybuny sejmowej jeszcze wielokrotnie padało hasło: "Balcerowicz musi odejść". I pada nadal, chociaż już zdecydowanie ciszej i z mniejszym przekonaniem ze strony je wypowiadających.

Grzech piąty

Zaniechana restrukturyzacja wrażliwych gałęzi

Jeżeli rządowi wystarczy determinacji, nie przestraszy się związków zawodowych i siły pseudowęglowych spółek, to może rozpocznie się rzeczywista restrukturyzacja górnictwa. Dotychczas bowiem naprawa tej gałęzi polegała na corocznym zwiększaniu dotacji z budżetu i wyrażaniu zgody na powiększanie strat przez kopalnie. Tylko w ubiegłym roku straty Kompanii Węglowej wyniosły 807 mln zł. Wszystko wskazuje na to, że rządowi uda się uchronić przed likwidacją fabrykę Daewoo-FSO. Nie zapominajmy jednak, że kilka lat wcześniej koalicja SLD-PSL przekonywała nas o tym, jakim zbawieniem dla Żerania są Koreańczycy.

Reklama
Reklama

O problemach górników, hutników, kolejarzy mówimy najczęściej wówczas, gdy autobusy ze związkowcami pojawiają się na obrzeżach Warszawy. Kolejarze zapowiadają strajk generalny w obronie miejsc pracy i dotacji w sytuacji, gdy ubiegłoroczne straty kolei przekroczyły 2,7 mld zł, a ich zadłużenie doszło do astronomicznej kwoty 13 mld zł. Pytanie, czy wierzyciele mają jeszcze nadzieję na odzyskanie pieniędzy, ma charakter retoryczny.

Tymczasem rolnicy biorą wszystko. Dopłaty z Brukseli i z budżetu państwa, ustawowe ograniczenia w sprzedaży ziemi, ustawowe określenie wielkości gospodarstwa rolnego, nakaz stosowania biopaliw, w skali nie spotykanej w Europie. Premier się zdenerwował, kiedy mimo osiągnięcia własnych interesów, posłowie PSL (wówczas w rządowej koalicji) powiedzieli "nie" winietom, czyli rządowemu programowi ogólnonarodowej zbiórki na budowę autostrad. Miller zrezygnował z poparcia Kalinowskiego i jego partii, ale nie rozwiązał problemu. Teraz na czele rolniczego lobby stoi samotnie Andrzej Lepper, a rząd nie ma żadnego pomysłu, co z tym fantem zrobić.

Grzech szósty

Niechciana pomoc

z Unii Europejskiej

Reklama
Reklama

W tej dziedzinie rząd Leszka Millera odniósł największe sukcesy. Zakończył negocjacje, twardo i skutecznie walcząc w Kopenhadze o nasze interesy w zjednoczonej Europie. Następnie skutecznie przekonywał Polaków do udziału w referendum i powiedzenia "tak" Brukseli. Jednak na tym sukcesy się kończą.

Marcowy raport Komisji Europejskiej ostrzega Polskę przed stratą miliardów euro, przyznanych nam w ramach przedczłonkowskiego programu rozwoju infrastruktury. Do końca 2002 r. Polska wykorzystała mniej niż 10% z kwoty ponad 2 mld euro w ramach IPSA Jest to najgorszy wynik wśród wszystkich państw, które 1 maja przyszłego roku przystąpią do UE. Minister Marek Pol szuka pieniędzy na - wspólne z Unią Europejską - finansowanie budowy autostrad głównie w kieszeniach kierowców, tymczasem jego zastępca mówi, że pieniądze są, tylko z winy urzędników możemy je stracić. Rację miał więc jeden z brukselskich urzędników, który powiedział kiedyś: "zaciekle walczycie o pieniądze, których i tak nie będziecie w stanie wykorzystać".

Grzech siódmy

Przegrane inwestycje

zagraniczne

Rząd poniósł dwie spektakularne porażki. Dwa koncerny samochodowe: japońska Toyota i francuski PSA (Citroen-Peugeot), podjęły decyzję o budowie fabryk samochodów w Europie Wschodniej. Polska była jednym z faworytów. Niestety, w ostateczności wygrały Czechy i Słowacja. Główną przyczyną naszego niepowodzenia była kiepska infrastruktura, przede wszystkim drogowa. Strata takich inwestorów to nie tylko jedna czy dwie fabryki mniej. Po pierwsze, nie udało się przyciągnąć do Polski najnowszej technologii, jaką niesie ze sobą przemysł motoryzacyjny. Po drugie, jedno miejsce pracy w fabryce samochodów generuje 4-5 nowych stanowisk wśród kooperantów i dostawców części, a następnie miejsca pracy w szeroko rozumianej motoryzacji. Obecnie przemysł motoryzacyjny jest jedną z lokomotyw polskiego eksportu. Zarówno Japończycy, jak i Francuzi zamierzali produkować przede wszystkim na eksport. Po trzecie wreszcie, Toyota i PSA to flagowe koncerny nie tylko w przemyśle motoryzacyjnym. Przyciągają innych inwestorów. Obecnie miejsca na inwestycję szuka w Europie Wschodniej koreański Hyundai. Jego wysłannicy byli także w Polsce. Czy wybiorą Czechy, Węgry lub Słowację?

Systematycznie spada wielkość zagranicznych inwestycji w naszym kraju. Jest to efekt nie tylko pogorszenia się światowej koniunktury, ale także spadku atrakcyjności Polski jako miejsca lokowania inwestycji typu green field. Jest to tym dziwniejsze, że Polska znalazła się na czwartym miejscu na liście najatrakcyjniejszych miejsc do inwestowania na świecie. W rankingu przygotowanym przez firmę konsultingową A.T. Kearney, wyprzedziły nas Chiny, USA oraz Meksyk. W ubiegłym roku byliśmy na jedenastym miejscu. Czyżbyśmy sami nie byli świadomi potencjału, jakim dysponujemy?

Przeforsowanie programu cięć wydatków z państwowej kasy wymaga zdecydowanej przewagi w parlamencie. Tymczasem rząd dysponuje symbTym bardziej że Unia Pracy i niektórzy posłowie SLD są przeciwko propozycjom ministra Hausnera. Przypomnijmy, że w 1993 roku koalicja SLD-PSL dysponowała większością prawie trzech czwartych miejsc w parlamencie. Wówczas nie zdecydowała się na żadne reformy finansów publicznych, chociaż pojawiły się pierwsze symptomy obecnego krachu. Rząd Jerzego Buzka też niewiele zrobił w tej materii.

Kończąc swoje exposé w 2001 r. Leszek Miller zapewniał, że za cztery lata jego następca "przejmie gospodarkę w stanie umożliwiającym jej dalszy rozwój". Jeżeli tempo i kierunek zmian w następnych dwóch latach będą takie, jak w dwóch minionych, to nowy premier będzie mógł powtórzyć słowa Leszka Millera z jesieni 2001 r.: "w ciągu tych czterech lat Polska straciła dużo, zbyt dużo. Słyszymy, że trudno, że okoliczności obiektywne, że tak musiało być. To nieprawda. Tak być nie musiało i tak być nie musi!".

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama