- Z drugiej jednak strony nie ma powodu, aby odkładać termin przyjęcia wspólnej waluty, gdy spełnione są wszystkie niezbędne warunki - dodała. Jej zdaniem, pobyt w systemie ERM2, przygotowującym do przyjęcia euro, może być korzystny dla nowych członków UE. Pomoże bowiem w uzdrawianiu polityki makroekonomicznej oraz ułatwi dostosowywanie się gospodarek kandydatów do warunków europejskich.

- Jednakże udział w ERM2 musi być kompatybilny z innymi elementami polityki państwa, a szczególnie z polityką monetarną, fiskalną i strukturalną - podkreśliła G. Tumpel-Gugerell. W jej ocenie, warunki ekonomiczne w krajach ubiegających się o przyjęcie do UE różnią się znacznie w ujęciu nominalnym, realnym i strukturalnym. - Nie ma jednej ścieżki przyjęcia euro dla wszystkich kandydatów - powiedziała. - Gotowość tych krajów do członkostwa w unii monetarnej będzie oceniana indywidualnie - dodała.

Warunkiem przyjęcia euro jest spełnienie przez kandydata tzw. kryteriów z Maastricht. Dotyczą one inflacji, stóp procentowych i oprocentowania długoterminowych obligacji. Dla Polski najtrudniejsze będzie spełnienie wymogów fiskalnych: dług publiczny nie wyższy niż 60% PKB, a deficyt budżetowy nie wyższy niż 3% PKB.

Analitycy agencji ratingowej Standard&Poor's poinformowali w ubiegłym tygodniu, że bez reformy finansów publicznych Polska nie będzie w stanie wprowadzić euro przed 2010 r. Ich zdaniem, w latach 2004-2005 deficyt budżetowy może wynieść aż 7% PKB. A to oznacza, że w 2006 r. dług publiczny przekroczy poziom 60% PKB.

Opóźnienie w przyjęciu przez Polskę wspólnej waluty dopuszcza też NBP. Jego przedstawiciele stoją na stanowisku, że powinniśmy przystąpić do unii walutowej w możliwie najszybszym terminie. Andrzej Bratkowski, wiceprezes banku, uważa, że przyjęcie euro w 2007 r. będzie możliwe tylko wtedy, jeśli rząd wykaże się determinacją w reformowaniu finansów publicznych.