Finał negocjacji z Unią Europejską, szczyt w Kopenhadze i wygrane referendum unijne to największe osiągnięcia rządu Leszka Millera. Jednocześnie tempo i stan przygotowań do akcesji ze Wspólnotą, to jedna z największych porażek rządzącej ekipy. I to niezależnie od tego, co ostatecznie znajdzie się w listopadowym raporcie Komisji Europejskiej na temat stanu przygotowań Polski do członkostwa w Unii.

Do historycznej daty pozostało 185 dni. Zbyt mało, aby znacząco zwiększyć długość autostrad, ale wystarczająco dużo, aby uchwalić brakujące ustawy (np. prawo o rybołówstwie morskim i ustawę o organizacji rynku rybnego, prawo weterynaryjne). Lista zarzutów może być bardzo obszerna, a ich ciężar gatunkowy zróżnicowany. Niektóre z nich mogą mieć znaczenie li tylko symboliczne i prestiżowe, inne zaś będą miały konkretny wymiar finansowy. Miano tygrysa Europy Wschodniej straciliśmy już dawno, teraz możemy zyskać przydomek marudera i stracić poważne pieniądze.

Najbardziej niepokojące sygnały dotyczą rolnictwa. Można odnieść wrażenie, że cała energia rolniczego lobby ograniczyła się do wywalczenia stosownych zapisów w traktacie integracyjnym. "A potem jakoś to będzie". Bruksela, niestety, nie zna takich pojęć i uruchomienie dopłat uzależnia od funkcjowania systemu IACS. Brak takiego systemu unijni urzędnicy zarzucali Polsce już w ubiegłorocznym raporcie. Po roku osoby odpowiedzialne za jego wprowadzenie nadal mówią o napiętych terminach i obiektywnych trudnościach. To, niestety, nie zadowala brukselskich urzędników. Czy przez zaniechanie naszych urzędników, rolnicy nie otrzymają wynegocjowanych przez polityków dopłat?

Lista zarzutów, które mają finansowy wymiar, może być długa. Chociażby polityka konkurencji. Bruksela bardzo wnikliwie analizuje zasadność udzielania przedsiębiorstwom pomocy publicznej. Tymczasem w ubiegłym roku wydaliśmy na nią ponad 10 mld zł. Co stanie się z firmami, które dostały finansowe wsparcie niezgodnie z unijnymi zasadami? Odpowiedź nasuwa się sama.

Jeżeli nawet niektóre z zarzutów Komisji Europejskiej będą zbyt przerysowane, a słowo "opóźnienia" użyte na wyrost, to jednak warto dmuchać na zimne. Przecież niektóre zarzuty pod adresem naszego kraju powtarzają się od dłuższego czasu. Często winą za brak postępów w negocjacjach obwinialiśmy unijnych urzędników, krytykując ich upór i wysuwane pod naszym adresem żądania. Po kwietniowym szczycie w Atenach i referendum wszystko zależy od nas. I okazuje się, że jest trudniej niż nam się wcześniej wydawało. Praca nad poprawą warunków życia prawie 40-milionowego narodu jest zdecydowanie trudniejsza niż czteroletnie negocjacje. Bruksela jest recenzentem naszych poczynań. Surowym recenzentem. Po 1 maja 2004 roku miano najgorzej przygotowanego do integracji państwa może nam tylko zaszkodzić. Wszyscy robią interesy z liderami i współczują maruderom.