Obecnie wykres A/D Line ostrzega przed zmianą tendencji na szerokim rynku amerykańskim. S&P 500 systematycznie idzie w górę, ale wskaźnik maksimum ustanowił w połowie czerwca i do tej pory nawet do niego się nie zbliżył. Jednocześnie na ostatnich 45 sesjach liczba rosnących papierów o ponad 260 przekraczała liczbę zniżkujących. To pozytywny znak. W takiej sytuacji potwierdzeniem dywergencji pomiędzy wykresem S&P 500 i A/D Line byłby spadek tego drugiego poniżej zera.
Spada podaż pieniądza
Od sześciu tygodni obserwujemy obniżenie tempa przyrostu podaży pieniądza w amerykańskiej gospodarce. Od 3 tygodni dynamika zmian jest ujemna (ze względu na dużą zmienność cotygodniowych danych dla zobrazowania trendu wykorzystuje się średnią wahań). Ujemna dynamika występuje po raz pierwszy od dekady. To niepokojące zjawisko. Podaż pieniądza to wartość całkowita znajdujących się w obiegu zasobów pieniężnych. Wyznaczana jest przez wielkość PKB, poziom cen i tempo obiegu pieniądza w gospodarce. Spadek podaży pieniądza to efekt obniżenia aktywności w sferze kredytów hipotecznych. Przedsiębiorstwa nadal niechętnie zaciągają nowe kredyty, gdyż nie widzą znaczącego wzrostu popytu na swoje produkty, a konsumenci i tak prawie 1/5 dochodów osobistych przeznaczają na obsługę pożyczek. Można powiedzieć, że drastyczny spadek podaży pieniądza jest w dużym stopniu wyrazem utraty przez politykę pieniężną wpływu na gospodarkę. Nikt przecież nie jest w stanie zmusić banków do udzielania kredytów, a konsumentów i przedsiębiorstw do ich brania.Sytuacja jest tym bardziej niepokojąca, że w USA systematycznie zmniejsza się tempo obiegu pieniądza. Od tego czynnika uzależniona jest skuteczność pobudzania gospodarki za pomocą luźnej polityki monetarnej. Nowy pieniądz, na przykład w formie kredytu, powinien być wydawany tak, by ten, kto go otrzyma, także mógł wpuścić go do obiegu. Mówiąc obrazowo, gospodarka wtedy dobrze się "kręci". Niskie tempo obiegu pieniądza może wskazywać na to, że nowe kredyty przeznaczane są na obsługę starych, a w niewielkim stopniu przyczyniają się do zwiększenia dynamiki wzrostu gospodarczego.
Obligacje prawdę powiedzą
Obecna sytuacja na amerykańskich giełdach skłania do analogii z wydarzeniami z pierwszej połowy 2000 r. W tamtym czasie na szerokim rynku od półtora roku trwała solidna zwyżka. Wskaźnik S&P 500 wzrósł w tym czasie o połowę. Jednocześnie silnie spadały ceny obligacji. Rentowność papierów dziesięcioletnich podniosła się o ponad 50%, z około 4,2 do 6,8%. Co najważniejsze, ustanowienie szczytu przez wykres dochodowości dziesięciolatek zbiegło się z wyraźnym wyhamowaniem tempa zwyżki na giełdowym parkiecie. Indeks S&P 500 zdołał jeszcze w marcu 2000 r. pokonać maksimum z początku roku, ale przez kolejne sześć miesięcy pozostawał w trendzie bocznym. Zakończył się ponad trzy lata temu drastyczną przeceną. Rozpoczęła ona dotkliwą bessę.
Aktualnie mamy do czynienia z odwrotną sytuacją. Na wykresie dochodowości obligacji dziesięcioletnich dołek wypadł w połowie czerwca. Zbiegło się to w czasie z zakończeniem najbardziej dynamicznej części tegorocznego wzrostu. Przez kolejne 4 miesiące indeks S&P 500 zyskał niecałe 5% wobec 25% w okresie od połowy marca do połowy czerwca.
Dynamiczny wzrost rentowności amerykańskich obligacji z ostatnich miesięcy daje podstawy do stwierdzenia, że cykl obniżek stóp procentowych definitywnie się zakończył. W przyszłości najbardziej prawdopodobny jest wzrost kosztów pieniądza. Można zatem postawić hipotezę, że w kolejnych miesiącach zależność pomiędzy kondycją rynku akcji a koniunkturą w segmencie papierów skarbowych wróci do normy, jaka występowała przed rokiem 1998 r., czyli przed rozpoczęciem nadmuchiwania spekulacyjnego balonu na giełdach. To oznaczałoby równoczesną zniżkę kursów akcji i wzrost rentowności obligacji. Tendencji na rynku papierów skarbowych sprzyjałoby oczekiwanie na rozpoczęcie cyklu podwyżek stóp procentowych przez Fed. Szacuje się, że obligacje wyprzedzają decyzje banków centralnych o 6-9 miesięcy. Poprzednio, gdy rozpoczynał się proces rozluźniania polityki pieniężnej w USA, szczyt na wykresie dochodowości wypadł na początku 2000 r., a pierwsze cięcie stóp nastąpiło pod koniec roku.
Oprócz tego podstawowego scenariusza można sobie wyobrazić dwa poboczne. Jednoczesny wzrost kursów na giełdzie i rentowności obligacji oznaczałby kontynuację tendencji charakterystycznej dla kolejnych ruchów korekcyjnych w ponadtrzyletniej bessie. Trudno mówić w takiej sytuacji o trwałej zwyżce cen akcji. Gospodarka USA musiałaby wykazać się ogromną siłą, by dynamicznie rozwijać się w warunkach rosnących kosztów pieniądza. Przypomnijmy rok 1994. Rozpoczął się cykl zaostrzenia polityki pieniężnej. Dynamika wzrostu PKB zaczęła wyraźnie maleć (na początku 1995 r. była już bliska zeru), a indeksy giełdowe nieznacznie traciły.
Spadek dochodowości papierów dłużnych i utrzymanie się dobrych nastrojów na parkiecie giełdowym musiałyby być nietrwałe. Powrót rentowności do trendu zniżkowego mogłyby spowodować dwa czynniki: kolejne obniżki stóp albo obniżenie inflacji (CPI), które zwiększyłoby realną rentowność obligacji. Oba z nich oznaczałyby, że amerykańska gospodarka znów ma problemy. Powodowałyby one zmniejszenie atrakcyjności amerykańskich akcji.