Próba oceny naszej polskiej rzeczywistości niesie chyba ostatnio w sobie pewne niebezpieczeństwa. Oto podczas niedawnego urlopu zrobiłem sobie trzydniową przerwę w telewizyjnym poście (z najsilniejszym medium - tak publicznym, komercyjnym czy z Niepokalanowa - nie "kontaktuję się" już od ponad roku). Włączyłem odbiornik tv i znalazłem się w zielonym saloniku jednego ze stołecznych hoteli. A tam grono zacnych pań (moderowanych przez pana) rozmawiało o sprawach prawie ostatecznych, znaczy się bardzo istotnych. Między innymi o tym, że pojawiające się tu i ówdzie mało przychylne opinie na temat posłanki od czerwonych skarpetek i jej koleżanki (kiedyś były w nieformalnej koalicji) od kurwików w oczach, to nic innego jak antyfeministyczna nagonka. Nie wiem zatem, czy moje pisanie o niedawnym głosowaniu senatorów na temat podatku giełdowego, nie zostanie ocenione jako antydemokratyczne, antyhumanistyczne i antyelitarne wystąpienie. Niech się jednak dzieje wola nieba, czy też jak kto woli - zielonego saloniku.
Tym razem nie chcę pisać, czy podatek od giełdowych zysków jest potrzebny, czy też może powinien zostać odroczony. Senat pomysł daniny klepnął. Zostaje więc jeszcze parafa prezydenta. I stanie się. Moje zainteresowanie dotyczy wyłącznie klasy senatorskiej kasty podczas głosowania i w czasie wielodniowej dyskusji przed nim.
O senatorach zwykło się mówić elita intelektualna. A elita - jak wyjaśnia "Słownik języka polskiego" pod redakcją prof. Mieczysława Szymczaka - to "grupa ludzi wyróżniająca się lub uprzywilejowana w stosunku do reszty społeczeństwa ze względu na posiadanie pewnych cech lub dóbr cenionych społecznie". Nieco szerszą interpretację znaczeniową tego słowa daje w "Słowniku wyrazów obcych" nieoceniony Władysław Kopaliński. Według jego definicji, elitą jest "grupa ludzi przodujących pod względem prestiżu, kwalifikacji albo władzy w danym środowisku, śmietanka, wybór, kwiat; zespół ludzi odgradzających się od ogółu w poczuciu swej rzeczywistej albo domniemanej wyższości pod jakimś względem". Jak więc ów "śmietankowy kwiat" (w swojej sporej części) potraktował giełdowy podatek, swoich wyborców i urząd na jakim - wcale nie społecznie - zasiada- Można by skwitować całą senatorską zabawę hucpą, jajcem, kabaretem... Można by też zacytować jedno z praw Murphy?ego, które mówi o tym, że "wszystko, co zostało złożone, ulegnie wcześniej czy później rozkładowi" - uzbroić się w cierpliwość i czekać. Milczenie jest jednak (zazwyczaj) wyrazem przyzwolenia. A ja na to nie mam ochoty.
Nie jestem bowiem w stanie pojąć, jak jednego dnia można publicznie mówić, że jest się przeciw podatkowi giełdowemu, a podczas głosowania być za podatkiem. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak faceci z intelektualnej elity (-) i z jednego politycznego tygla nie mogą uzgodnić zeznań w tak oczywistej sprawie, jak dyscyplina klubowa podczas głosowania. Jeden mówi, że jej nie było. Drugi, pytany o partyjną decyzję, oznajmia: "Nie potwierdzam i nie zaprzeczam". A trzeci uważa, że to nie ma znaczenia, bo partyjny obowiązek to poparcie stanowiska rządu (był za podatkiem giełdowym, ale np. cały czas uważa, że opodatkowanie parlamentarnych apanaży nie powinno się zmienić). Nie wiem, dlaczego jeden z senatorów opowiadając, że razem z partyjnymi kolegami dyskutował ze specjalistami w sprawie giełdowego podatku, a ci twierdzili, że jest on potrzebny, nie chce powiedzieć, kto konkretnie należy do tych ekspertów. Jeszcze inny członek elity z Wiejskiej (to tylko nazwa ulicy w Warszawie, żadnych głupich podtekstów) najpierw aktywnie lobbuje za odroczeniem podatku, a później wstrzymuje się od głosu, bo... chce być neutralny ("doszedłem do wniosku, że mój głos i tak niczego nie zmieni").Toż to temat dla Mrożka, który powinien bliżej przyjrzeć się naszej elicie i "literacką centryfugą" rozwarstwić ją do gołego. Senat okazuje się naprawdę wielką tajemnicą. A jednocześnie, w realny sposób, potwierdza jedno z praw cytowanego już przeze mnie Murphy-ego: "Każdy przedmiot, niezależnie od położenia, może w dowolnej chwili zadziałać w zupełnie nieoczekiwany sposób z przyczyn, które są albo całkowicie niejasne, albo zupełnie tajemnicze".