Wczoraj Warszawa znowu stanęła. Przyczyną był protest taksówkarzy. Mieszkańcy stolicy mają tak bardzo dosyć wszelkich marszów i protestów, że powoli przestają odróżniać, kto i dlaczego utrudnia im dojazd do pracy. Przede wszystkim dlatego, że każdy, kto chce o coś powalczyć, znęca się nad nimi w ten sam sposób, czyli blokując. I to chyba jedyny żal, jaki odczuwam wobec ludzi z taksówek - że wybierając tę formę protestu, upodobnili się tym samym do górników, rolników, pielęgniarek i innych grup zawodowych, które do stolicy przyjeżdżają w jednym celu. Żeby wyszarpać dla siebie jeszcze więcej pieniędzy z budżetu, czyli zabrać innym podatnikom. Tymczasem taksówkarze nie chcą dotacji czy subwencji. Oni po prostu nie chcą wyrzucać pieniędzy w błoto, czyli kupować kas fiskalnych, bo tak sobie zażyczyli urzędnicy Ministerstwa Finansów.
Jeden z taksówkarzy zwrócił mi uwagę, że kasy fiskalne, które mają montować, kosztują nierzadko tyle, ile całkiem niezły komputer. A potrafią w sumie tyle, ile nieco lepszy kalkulator plus drukarka. Na dodatek żaden z producentów nie wziął pod uwagę faktu, że te maszyny czasem się psują. I gdy tenże taksówkarz chciał się dowiedzieć, czy w ramach serwisu dostanie urządzenie zastępcze, okazało się, że nie - ma odstawić kasę do producenta i czekać 2 tygodnie. W tym czasie nie będzie mógł wykonywać swojego zawodu.
Na dodatek nie tak dawno taksówkarze musieli wymieniać taksometry, żeby się dostosować do Unii Europejskiej. I teraz okazuje się, że te taksometry nie mogą spełniać funkcji kas fiskalnych. Podejrzewam, że dlatego, gdyż nie działają pod wodą czy w temperaturze minus 50 stopni Celsjusza. Bo mnie jakoś trudno sobie wyobrazić inny powód, dla którego po prostu nie można powiększyć taryfy o te 7 czy 22% VAT i nie denerwować ludzi za kółkiem.
Obawiam się także, że długofalowe konsekwencje tego protestu będą niekorzystne dla klientów. Istnieje spore ryzyko, że taksiarze, w których wykształciło się coś na kształt solidarności zawodowej, wezmą przykład z prawników. Założą jakiś rodzaj izby taksówkowej, której zadaniem będzie "dbanie o standardy etyczne" zawodu, a potem zażądają odpowiedniej ustawy. I tam zapiszą, że aby sprawdzić, czy człowiek nadaje się do jeżdżenia taksówką, musi przejść rozliczne egzaminy i praktyki, a na końcu jego przydatność do zawodu będzie oceniana - oczywiście - przez tych taksówkarzy, którzy już pracują. W rezultacie ze 150 tys. taryf zostanie 50 tys. albo mniej, ale za kilometr jazdy zapłacimy 3 razy więcej niż obecnie. Dla Ministerstwa Finansów różnicy nie będzie - w końcu VAT będzie ten sam. Za to klienci tę zmianę odczują, i to mocno - dostęp do zawodu będzie trudny, a usługi będą równie drogie, jak w przypadku adwokatów czy notariuszy.
Na razie taksówkarze na ten pomysł nie wpadli. To świadczy o tym, że nie są przystosowani do realiów panujących w naszym kraju. I to nieprzystosowanie jest kolejnym powodem, dla którego w tej walce kibicuję ludziom za kierownicami.