London Stock Exchange, Deutsche Boerse i Euronext, które w ciągu ostatnich lat przekształciły się w spółki publiczne, rywalizują o miano lidera obrotu na europejskim rynku kapitałowym. Przykład Amsterdamu pokazuje, jak ostra jest ta rywalizacja.
Giełda amsterdamska wchodzi w skład Euronext, obok rynków z Paryża, Brukseli i Lizbony. Jednak tamtejsi uczestnicy rynku już od dłuższego czasu narzekają na zbyt wysokie - ich zdaniem - opłaty pobierane przez Euronext oraz na awaryjny system obrotu. Tę sytuację postanowili wykorzystać rywale. W ubiegłym miesiącu giełda londyńska zaproponowała spółkom i brokerom z Holandii przeniesienie się na Wyspy i zapewniła, że opłaty dla nich będą o ok. 40% niższe niż na Euronext Amsterdam. Brytyjczycy zamierzają od marca przyszłego roku uruchomić handel w systemie ciągłym akcjami 48 największych firm holenderskich. Z kolei jeszcze we wrześniu Deutsche Boerse informowała, że zwiększy liczbę spółek z Holandii, których walorami będzie można handlować we Frankfurcie. Specjalny segment rynku dla tych firm ruszył w mijającym tygodniu. Niemcy podali m.in., że udało się im przejąć 6% globalnego obrotu walorami jednej z czołowych holenderskich spółek - koncernu Royal Ahold, specjalizującego się w handlu detalicznym.
- Nie boimy się konkurencji. Będziemy najtańsi dla inwestorów - zapewnił George Moeller dyrektor Euronext ds. operacyjnych, który w mijającym tygodniu odwiedził Amsterdam. Od przyszłego roku Euronext zamierza bowiem zmienić sposób pobierania opłat. Zdaniem sojuszu, średni koszt zawarcia transakcji wycenionej na 25,8 tys. euro wyniesie 17,3 euro, podczas gdy w Londynie 20,19 euro. Euronext będzie brał pod uwagę koszty zlecenia i jego realizacji, rozliczenia transakcji oraz spread, czyli różnicę między ceną sprzedaży i ceną zakupu. - W Londynie spread będzie znacząco większy - podkreślił G. Moeller. Londyn natychmiast zareagował na wyliczenia przedstawione przez sojusz. - Euronext stosuje jakąś dziwną metodologię. A poza tym, jak można mówić o spreadzie, skoro jeszcze nie rozpoczęliśmy handlu holenderskimi akcjami - ripostuje rzecznik LSE.