Po raz kolejny przekonaliśmy się o zbawiennym wpływie konkurencji na zawartość naszych portfeli. Nie jest przypadkiem, że w chwili, gdy "otwiera się niebo nad Polską", dotychczasowy monopolista obniża zdecydowanie ceny biletów na rynku krajowym. Okazuje się, że przelot ze stolicy do dowolnego miasta w kraju nie musi kosztować ponad tysiąc złotych, a może mniej niż trzysta. Nie podejrzewam, że monopolista postanowił nagle prowadzić działalność charytatywną albo jakiś "dobry wujek" okazał się jego sponsorem. Nikt nie dopłaca do interesu, a stara kupiecka zasada: mniejszy zysk, większy obrót, na dłużej zagości w strategicznych planach dotychczasowego monopolisty. Panowie, tylko dlaczego tak późno-

Podziwiam także spokój szefów niektórych towarzystw lotniczych, którzy przekonują, że tanie linie są dla innego klienta. Takiego, który jeszcze nie podróżował samolotami. Klienci są różni, ale ich wspólną cechą jest to, że potrafią liczyć. Z prostego dodawania wynika, że bardziej opłaca się lecieć "tanim" samolotem, niż za tę samą (albo niewiele wyższą) cenę tłuc się wiele godzin brudnym pociągiem i nie być pewnym, kiedy dojedzie się do celu. Tę prostą zależność powinni brać pod uwagę... kolejarze, gdy będą debatowali nad tym, kiedy zorganizować strajk generalny. Panowie, pojawia się rzeczywista konkurencja dla Intercity i innych ekspresów. Może się okazać, że "otwarte niebo" odbierze klientów kolejom, a nie liniom lotniczym. Górnicy też nie zauważyli, że ludzie nie są uzależnieni od węgla i mogą wybierać.