Marsz Polski do Unii Europejskiej nierzadko gubi z pola widzenia istotne interesy gospodarcze, przesłonięte przez prestiżowe boje polityczne. W cieniu boju o Niceę i dopłaty bezpośrednie rozgrywa się sprawa handlu z krajami spoza Unii Europejskiej. Członkostwo ma swoją cenę, przede wszystkim w relacji ze Wschodem.

Handel ze Wspólnotą Niepodległych Państw podlega od lat zmiennym kolejom losu. Po szokowej dyslokacji strumieni towarowych na początku lat 90., czyli przełączeniu się z RWPG na kierunek zachodni, handlowców i inwestorów zaskoczył kryzys roku 1997. Nie zaskoczył, ale i nie pomógł opóźniany, lecz nieuchronny obowiązek wizowy, który podciął szlaki "mrówek" i bazary przy wschodniej granicy.

Pomimo tych wstrząsów handel ze Wschodem stanowi wielce obiecujący kierunek. Nadal waży niewiele w porównaniu z rynkiem niemieckim - lokujemy w Rosji około 3% eksportu, podobnie na Ukrainie, czyli jest to pojemność porównywalna z Belgią, a mniejsza niż w Holandii czy Szwecji. Ale dynamika obrotów rokuje nadzieję na więcej. Eksport do Rosji odbudował się z poziomu około 0,7 mld dolarów w roku 1999, do 1,2 mld obecnie. Rosja i Ukraina należały w 2002 roku (obok Szwecji, Francji, Wielkiej Brytanii i Belgii) do obszarów największej naszej ekspansji i podobnie jest w bieżącym roku. Nawet Białoruś staje się ziemią obiecaną, skoro wzrost eksportu w tym roku szacuje się na 60%! Wystarczy przepytać przedsiębiorców, by przekonać się, jak istotne nadzieje wiążą z kierunkiem wschodnim w przeddzień naszego członkostwa w Unii Europejskiej.

Wyłania się jednak poważny problem. Członkostwo w Unii Europejskiej oznacza wypowiedzenie dotychczasowych układów handlowych z krajami trzecimi. Układ z Rosją został już wypowiedziany ze skutkiem od 1 maja 2004 roku. Wraz z układami tracimy Klauzulę Najwyższego Uprzywilejowania. Bez jej odnowienia nastąpi skokowy wzrost ceł i tym samym załamanie obiecujących tendencji handlowych. Zatem, w cieniu prestiżowych sporów o europejski Traktat Konstytucyjny i nieśmiertelne dopłaty rolne, rozgrywa się batalia o ważkie interesy handlowe. Rosja rozgrywa swoje, my swoje. Wymiana z Rosją, po 1 maja 2004 roku, powinna być automatycznie objęta porozumieniem o "partnerstwie i współpracy", jakie obowiązuje między Unią Europejską i tym krajem. Polska powinna stać się stroną tego układu, podobnie jak np. Finlandia i Austria przy wcześniejszych rozszerzeniach. Lecz Rosja nie uznaje tej zasady. Chce odrębnych rozmów i układów, ratyfikowanych przez rosyjską Dumę. Wygląda to na próbę ubicia jakichś dodatkowych interesów z Unią. Nie widzę powodu, by Polska była osamotniona w tej rozgrywce. Kraje kandydackie powinny skorzystać z siły przetargowej, jaką ma cały blok 25 państw. Zwłaszcza kraje bałtyckie, najbardziej narażone na rosyjskie złośliwości.

To, co się wydarzy na wschodniej granicy, jest poważnym wyzwaniem dla naszej dyplomacji, nie mniej ważnym niż obrona Nicei. Ale to jest także próba europejskiej solidarności, wypisanej na sztandarach Unii Europejskiej.