Wczoraj dokończyliśmy realizowanie zasięgu wzrostu, wynikającego z wysokości podstawy trójkąta. Logiki w tym było niewiele i poranny wyskok cen w górę skończył się bardzo szybko. Jak bowiem nasz rynek może ruszyć do mocniejszego wzrostu, gdy węgierski bratanek po raz kolejny spada 2%. Ano może, oczywiście pod warunkiem, że wzrost napędzają "koszykowe" zlecenia. Węgierska kotwica zaczęła ciążyć dopiero, gdy głośniej po rynku zaczęto mówić o fiasku aukcji węgierskich bonów skarbowych. Inwestorzy za ostatnie wybryki węgierskiego banku centralnego zażądali wyższej rentowności. W tym kontekście można obawiać się dzisiejszej polskiej aukcji dwuletnich obligacji o wartości 2 mld. Równie niski popyt mógłby giełdowy parkiet mocno przestraszyć. Przydałoby się napisać, że to zmobilizowałoby także rząd (koszt obsługi długu w 2004 r. dzięki ostatniej przecenie obligacji wzrósł już o około 3 mld), ale to przecież naiwne nadzieje i nie będą długo argumentem byków.
Spadek w drugiej części sesji był zbyt mały, by mówić o dniu odwrotu. Dalej więc trzeba liczyć, że skorzystamy jeszcze z najlepszego w roku tygodnia dla amerykańskich byków. Już w poniedziałek indeksy potwierdziły ogłupienie inwestorów w tym okresie, gdy po dobrym-ale-nie-świetnym wyniku świątecznej sprzedaży spadały kursy najbardziej zainteresowanych, czyli detalistów, a cały rynek uznawał dane za optymistyczne. Najwyraźniej tak samo jak my musieliśmy zrealizować trójkąt, tak S&P500 musiał zrobić nowy szczyt na początku miesiąca, tym bardziej że to grudzień. Optymizm szybko zakończy powrót pod 1479 pkt, a pierwszym sygnałem ostrzegawczym będzie zejście pod wczorajsze minima. Na 10-minutowym wykresie to linia szyi małej głowy z ramionami. Tak więc uzasadniony jest lekki optymizm, ale nie dlatego, że rynek znowu mocno wzrośnie, ale że się obroni.