- No i jak tu zacząć? - wzdychają grudniowi felietoniści. Przygotowywanie felietonów świątecznych, noworocznych - jeśli robi się to już naprawdę wiele lat - okazuje się zajęciem, paradoksalnie, nie tak łatwym. Przeszkadza tu rutyna i ryzyko powielania tych samych prawd, składania podobnych życzeń, powtarzania w kółko własnych sloganów. Problem komplikuje obiektywne zupełnie ograniczenie. Bo o wielu sprawach analitycy, komentatorzy od lat piszą niemal tak samo. Im dłużej człowiek żyje, tym bardziej przekonuje się, jak łatwo zmarnować dzień, miesiąc, kolejny rok, całe lata... Rośnie katalog niezałatwionych spraw, błędnych decyzji, bolesnych strat, pretensji, rozczarowań... I jeszcze ta pokusa, by winą za wszystko, co nam się nie udało, obarczyć jakieś niespodziewane wydarzenia, złych ludzi, wredne układy w pracy, brak szczęścia, głupotę innych, spiski "onych", niesprawiedliwość itp. Wymienianie grzechów i grzeszków Starego Roku może trwać godzinami. Tylko po co?

Było, mija, minie... Przecież ważne, co będzie. I dlatego przy okazji świąt, nawet i tych spędzanych przez część z nas w pracy, zamiast katastrofizmu, podsycania poczucia, że wszystko jest "do chrzanu" - równie gorzkiego, co jałowego "jojczenia" na wszystkie plagi świata - zróbmy rachunek sumienia. WŁASNEGO. Przypomnijmy sobie te same, coroczne, deklaracje. I każdorazową ulgę, że stary rok mamy już z głowy. Jak zwykle nowe postanowienia. A potem - refleksja. Ile to razy obiecywaliśmy sobie zmianę, poprawę, większy dystans do spraw, które psują nam humor... Deja vu, nieprawdaż?

Świąteczny porachunek z samym sobą - poza pewnie często zupełnie ignorowanymi przez inwestorów, day-traderów, pracoholików kwestiami fundamentalnymi (np. ja a rodzina, przyjaciele, inni) - to także przegląd WŁASNYCH wpadek na parkiecie. I czas na realistyczne postanowienia na kolejny rok, choćby tak z pozoru proste i oczywiste, jak ta - jakże często przez nas zapominana - żeby przy podejmowaniu decyzji nie ulegać szalonym emocjom. Trzymać nerwy na wodzy. Nie dać się "wpuścić" rynkowi. Nie ulegać ani chciwości, ani panicznemu strachowi. Kontrolować straty i ryzyko. Być zimnokrwistym draniem i rozgrywać sesję jak partię pokera, a nie uprawiać czysty hazard. Ha, tylko czy to aby właśnie nie dla tego smaczku, czadu, adrenaliny od lat pielęgnujemy w sobie nałóg gapienia się w monitory, szukania informacji, słuchania, chłonięcia informacji, studiowania wykresów... Proponuję w każdym razie nie obiecywać sobie za wiele - po samym sobie. Ustalmy, że będzie dobrze, jeśli w nowym roku będziemy się trzymać choćby zasady kontrolowania strat. To już będzie krok w kierunku porządkowania i swoich inwestycji, i samego siebie. Niech nie miota nami giełdowy wiatr. Przejmijmy lub odzyskajmy kontrolę nad swoim portfelem. Po to, by za rok znowu nie niszczyć rocznego raportu transakcji i salda rachunku, bez chęci zajrzenia w wystawionego z własnej woli swoistego świadectwa własnych słabości. Uwierz, że możesz. Bo możesz. I nie odkładaj tego "na później". Kochaj giełdę, ale nie daj się uwieść pozornym trendom. Jeśli posterujesz świadomie własnymi inwestycjami, to będziesz mógł uśmiechać się, gdy rynek (no, dobrze, może "oni", ci "wielcy", te "grubasy"...) postanowi (postanowią...) znowu zrobić wszystkich w konia.

Życzę wszystkim, a szczególnie INWESTOROM i od lat broniącemu ich interesów zespołowi PARKIETU, żebyśmy za kilka lat mogli przeżywać WSPANIAŁE DEJA VU. Żeby zawsze przypominał nam się 2004 rok. Ten dobry rok, który sprawił, że faktycznie poszliśmy do przodu. I że była to tylko udana przygrywka do następnych dobrych lat!

Powyższy tekst jest wyrazem wyłącznie osobistej wiedzy i poglądów autora i nie może być inaczej interpretowany.