W sobotę Parmalat został uznany przez sąd upadłościowy w Parmie za niewypłacalny. Według agencji Bloomberga, na rachunkach spółki może brakować ok. 9 mld euro. Wniosek o ochronę przed wierzycielami firma złożyła w środę, po tym jak dzień wcześniej gabinet Silvio Berlusconiego wydał dekret ułatwiający restrukturyzację dużych przedsiębiorstw, zatrudniających ponad tysiąc osób. Na komisarza kierującego w imieniu rządu spożywczym gigantem powołano Enrico Bondiego, dwa tygodnie temu obranego na dyrektora generalnego spółki. Również w sobotę 65-letni założyciel i do niedawna szef Parmalatu Calisto Tanzi został zatrzymany. Jak podała agencja Bloomberga, zarzuca mu się sprzeniewierzenie co najmniej 800 mln euro.
Nie kupią akcji?
- Zarządzający funduszami będą teraz bardziej ostrożni, jeśli tylko nie będą rozumieć struktury włoskiej spółki. Mogą nie kupić akcji - powiedział Peter Breandle ze Swissca Portfolio Management z Zurychu. Malwersacje finansowe w Parmalacie możliwe były dzięki spółkom zależnym, nierzadko zarejestrowanym w rajach podatkowych. Afera Parmalatu wyszła na jaw, gdy okazało się, że rachunek na prawie 4 mld euro spółki zależnej z siedzibą na Kajmanach nie istnieje.
Corrado Berlenda, współzarządzający kwotą 500 mln euro w Euromobiliare, uważa, że za sprawą afery w Parmalacie prawdopodobnie pojawią się naciski na włoskie urzędy nadzoru rynku kapitałowego i rady nadzorcze spółek, które ostatnimi czasy nie robiły zbyt wiele, by chronić inwestorów. Chodzi m.in. o przypadek Cirio Finanziaria, firmy produkującej żywność w puszkach, która w ub.r. nie wywiązała się z wykupu wartych 1,4 mld USD obligacji. - Problem jest o wiele poważniejszy niż sprawa Parmalatu - stwierdził Berlenda w wypowiedzi dla agencji Bloomberga. - Jest to problem kontroli. Potrzebujemy ostrzejszej kontroli, która pozwoli uniknąć takich niedopuszczalnych afer - dodał.
Potrzebna ochrona