Na ostatniej sesji roku nie spodziewano się większych emocji i rzeczywiście ich nie było. Nie znaleźli się nawet chętni do podbicia kursów w końcówce notowań. Sesji cudów nie było - zakończenie roku wypadło bardzo nudno. W niczym nie przypominała gorących giełdowych dni z lipca i sierpnia, kiedy na parkiecie działo się naprawdę dużo. Przy całym zadowoleniu z zakończonego, korzystnego dla posiadaczy akcji roku, nie sposób nie zauważyć, że sama stopa zwrotu z indeksów nie mówi wszystkiego o naszym rynku. Przez dwa wakacyjne miesiące indeksy wzrosły o ponad 35%. Byliśmy świadkami niewidzianej od dawna euforii, po zakończeniu której rynek nie był w stanie obrać jednoznacznego kierunku.

Na świecie najgorętszym tematem pozostaje słabość dolara. Co prawda kolejne minima amerykańskiej waluty już spowszedniały i nie robią na inwestorach większego wrażenia, ale grożą przyspieszeniem wyprzedaży. Zaniepokojenie najbogatszych krajów świata - szczególnie europejskich - takim obrotem spraw jest coraz większe. Ich przywódcy mają dyskutować ten problem na spotkaniu grupy G-7 w lutym.

Eksperci szacują, że 10-proc. obniżka wartości dolara przekłada się na spadek deficytu obrotów bieżących USA o mniej więcej 1 pkt proc. Dotychczasowa deprecjacja amerykańskiego pieniądza powoduje raczej ustabilizowanie deficytu na dość wysokim poziomie, zaś jego zmniejszenie zaczęłoby następować dopiero na poziomie 1,4 USD za euro. Jednak często podkreśla się, że dla państw europejskich granica tolerancji dla zwyżki kursu wspólnej waluty to 1,3 USD. Zbliżamy się do tego miejsca szybciej, niż można było oczekiwać. Jeżeli nie zostanie podjęta próba przeciwdziałania dalszemu osłabieniu dolara, grozi to panicznymi reakcjami wśród posiadaczy amerykańskiej waluty, co byłoby niekorzystne dla rynków kapitałowych. Zatrzymanie spadku wartości dolara podtrzyma problem deficytu obrotów bieżących i wpłynie na pogorszenie perspektyw amerykańskich firm, których przychody w największym stopniu rosną dzięki tracącej na wartości walucie.