Ledwie kilka dni temu w felietonie złożyłem sobie noworoczne życzenie, aby w tym roku nikt nie wciskał mi kitu pod tytułem reforma podatkowa, a już wiem, że moje nadzieje się nie spełnią. Na dobry początek roku resort finansów wysmażył coś, co się nazywa strategią podatkową. I od razu pochwała dla ministra Raczko - strategia jest świetna, bo mieści się na dwóch kartkach. Inni ministrowie wypisywali i kilkanaście stron komunałów, pan minister zrobił to na dwóch stroniczkach.

Mnie o dziki śmiech przyprawiło założenie, że najpierw się podatki uprości (w slangu urzędników resortu finansów oznacza to podwyżkę), załata się dziurę, a potem będzie się podatki obniżać. Nie będę się czepiał tego, że zanim przyjdzie czas na obniżkę podatków, zdążą się dwa czy trzy razy zmienić rządy. W końcu każdemu wolno marzyć, zwłaszcza, gdy za te marzenia mu się płaci. Ale dlaczego ministrowie finansów w ostatnich dwóch rządach uwzięli się, by opowiadać o tym, jak fajnie się obniża podatki poprzez ich podwyższanie? Przepraszam, kto w to ma uwierzyć? Przecież wiadomo, że posłowie nie mogą żyć bez deficytu. Deficyt budżetowy to w końcu ich przepustka na salony władzy. Sposób na sfinansowanie nie tyle obietnic wobec wyborców, co długów, zaciągniętych podczas kampanii wyborczej. Likwidacja deficytu dla większości posłów oznacza koniec wygodnego życia. A ponieważ wkrótce będą wybory, pojawią się kolejne długi do spłacenia.

Jednak w tym chocholim tańcu pod tytułem obniżanie przez podwyższanie nie rozumiem tak naprawdę jednej rzeczy. Przecież nie jest możliwe trwałe obniżenie deficytu budżetowego wskutek podwyżek podatków. Po pierwsze bowiem, ludzie będą wydawać mniej na konsumpcję, co ograniczy wzrost i znowu powiększy dziurę budżetową. Po drugie, podatnicy zaczną jeszcze bardziej uciekać w szarą strefę - i znowu podatków będzie mniej. Jednak przede wszystkim - nie da się zreformować niewydolnego i skorumpowanego państwa poprzez dorzucanie do tego pieca pieniędzy. To mniej więcej tak, jakby osobę otyłą próbować odchudzić, dając jej codziennie 6 posiłków zamiast pięciu. Konieczna jest dieta, podobnie jak w przypadku państwa. Żeby efektywność wymusić, trzeba właśnie pieniądze zabrać - czytaj: obniżyć podatki. Przy okazji, o wiele łatwiej będzie przekonać do takich zmian wyborców, bo redukcja obciążeń od samego początku jest bardzo czytelna. Tymczasem zachwalanie reformy, polegającej najpierw na zwiększeniu wydatków, a potem - w jakiejś odległej, mglistej perspektywie - na obietnicach obniżki, przypomina rekomendowanie kupowania kota w worku.