Na początku nowego roku jedna rzecz jest pewna: Adam Małysz bardzo źle znosi hossę na rynku akcji. Nie może być bowiem dziełem przypadku, że jego trzy kolejne triumfy w Pucharze Świata przypadły na czas 3-letniej globalnej bessy na rynkach akcji, a obecne załamanie formy polskiego skoczka nastąpiło w okresie triumfalnego marszu byków przez światowe giełdy. Niestety, inne kwestie związane z sytuacją na rynkach finansowych nie są już tak oczywiste. Do października rozwój koniunktury na głównych światowych rynkach mieścił się idealnie w ramach typowego wzorca korekty następującej po zakończeniu pierwszej - trwającej ok. 30 miesięcy - fali bessy, spowodowanej "pęknięciem inwestycyjnego bąbla" (patrz akcje w USA po 1929 r., złoto/surowce po 1980 r., akcje w Japonii po 1989 r.).
Tymczasem, wskutek rozpoczętej w drugiej połowie listopada kolejnej fali globalnej zwyżki cen akcji wzorzec ten uległ wyraźnemu naruszeniu. Kolejna fala wzrostu nastąpiła pomimo ciągle utrzymującego się rekordowo wysokiego poziomu proakcyjnego nastroju inwestorów. Drożały również - w tym przypadku zdecydowanie wbrew opinii większości - obligacje, korzystające z tendencji deflacyjnych ciągle jeszcze utrzymujących się na poziomie wskaźników bazowych. W górę szły również ceny surowców - i akcje ich producentów - osiągając, jak np. złoto, kilkunastoletnie maksima (w cenach wyrażonych w USD). To z kolei świadczyło o narastaniu potężnego impulsu inflacyjnego w przyszłości.
Jedyną rzeczą na całym świecie, która taniała w ostatnich tygodniach, był amerykański dolar. Stanowiło to, oczywiście, koszt - a zapewne i jeden z celów - radykalnej antydeflacyjnej polityki finansowej prowadzonej w USA. Sytuacja na rynkach finansowych wyglądała w ostatnich tygodniach trochę tak, jak gdyby inwestorzy kupowali cokolwiek, byleby tylko pozbyć się dolarów. Co do nich nagle nabrali przekonania, że - przy kontynuacji obecnej imperialnej polityki USA - podzielą los wszystkich innych papierowych (nie mających pokrycia w kruszcu) walut w historii.