Na środowej sesji popytu trzeba było szukać ze świecą. Głębszej korekty nie mieliśmy tylko i wyłącznie dzięki arbitrażowi. Skąd więc przy tak słabym popycie w czwartkowy poranek zobaczyliśmy nowe szczyty? Odpowiedzi byłe dwie - albo ktoś postradał zmysły, by bez odpoczynku atakować wrześniowo-październikowe maksima, albo taki byczy początek sesji jest odcięciem od akcji i wstępem do dystrybucji. Odpowiedź można było już zobaczyć po trzech kwadransach, gdy pomimo zatrzymania wzrostu cen, obroty dalej dynamicznie rosły.
Wiele już było sesji kończących się kilkuprocentowymi wzrostami, ale rzadko zaczynała się od euforii na dużym obrocie. Z reguły mamy dość spokojne otwarcie i systematyczną wspinaczkę bez głębszych korekt, a na zamknięcie kulminację optymizmu. Wczoraj odwrotnie. Cel porannego pompowania kursów najlepiej widać przy porównaniu obrotów z początkowego wzrostu i późniejszego osuwania. W pierwszych 10 minutach na akcjach z WIG20 obroty wyniosły niecałe 50 mln, podczas gdy na całej sesji 10 razy więcej. Widać więc od razu, że ktoś mocno kupował na początku sesji tylko po to, by później bezpiecznie wysypać więcej akcji na dużych plusach. Wzorowa dystrybucja była niemal cały czas nad środowym zamknięciem.
Co prawda, nie ma nieomylnych i równie dobrze trzeba będzie te akcje odkupić ponad wrześniowymi szczytami, ale takie zachowanie rynku, w połączeniu ze spadkiem kontraktów pod dołek na 1693 pkt, sugeruje głębszą korektę i znacznie dłuższe zbieranie sił do kolejnej próby zaatakowania wrześniowych szczytów. Na razie z optymizmem wstrzymałbym się albo do czasu mniej prawdopodobnego pokonania oporów (szczytów 1752-1767 pkt), albo do zdecydowanie bliższego mi scenariusza spadku w okolice 1540 pkt. Uuups przepraszam, oczywiście 1640 pkt.