Środowa sesja raz jeszcze pokazała, że na tych poziomach popyt pochodzić może teraz jedynie od arbitrażystów. Gdy zabraknie kupna koszykami akcji, na rynku próżno szukać innych chętnych. Do tego wczoraj nawet koszykowe zlecenia kupna akcji przestały już robić większe wrażenie na inwestorach z rynku terminowego. Przed podłączeniem się do porannego wyciągania indeksu przestrzegały zarówno doświadczenia z wtorkowego odwrotu spod szczytu, jak i kłopoty polityczne - od Hausnera i jego planu począwszy, a na senackich wyborach do RPP skończywszy. Takiej niechęci nie było już za to przy popołudniowej wyprzedaży, która gładko przechodziła przez niemal puste oferty kupna. Wszystko wskazuje na kolejny test okolic 1640 pkt i luki hossy na indeksie
O ile cokolwiek zmienić może teraz obraz rynku, to są to rozpoczynające się właśnie publikacje wyników amerykańskich spółek. Nie znam jeszcze dzisiejszych osiągnięć Intela, Yahoo i Apple, ale nie za bardzo wiem, co mogłoby pozytywnie zaskoczyć inwestorów. W tym kwartale mamy bowiem dość specyficzną sytuację. Jeśli spojrzeć na analogiczne okresy rozpoczęcia publikacji wyników spółek, to od początku bessy nie było sytuacji, w której tuż przed sezonem wyników nie było jakiegoś spadku, odpowiadającego rozmiarami danemu trendowi. Inwestorzy zawsze mieli większe lub mniejsze wątpliwości, że któraś spółka może rozczarować. Nie tym razem. Rynek rozgrzany jest do granic możliwości, analitycy prześcigają się wydawaniu optymistycznych rekomendacji, a indeksy czekają przy szczytach. Bezczelny optymizm, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że niezależnie od aktualnego trendu okres publikacji wyników amerykańskich firm, z drobnymi wyjątkami (po 11 września, Iraku), nie był korzystny dla giełdowych byków.