Ministerstwo Finansów, przedstawiając założenia "Strategii podatkowej", postarało się zrealizować kilka celów politycznych, ale zapomniało o celach ekonomicznych. Czyżby więc i Ministerstwo Finansów, po Ministerstwie Gospodarki, Pracy i Polityki Społecznej, zaczęło pełnić funkcje propagandowe?
Zanim odpowiem na to pytanie, pochylmy się nad najciekawszymi pomysłami podatkowymi ze Strategii. Ministerstwo Finansów w dalszym ciągu planuje kontynuować teoretycznie poprawny wątek oddzielenia dochodów z pracy od działalności gospodarczej i kontynuować ideę sławetnego CITo-PITu. Z teorią jest ten problem, że po jakimś czasie i tak ląduje na śmietniku praktyki. Od współczesnych pracowników wymaga się elastyczności poprzez zdolność podejmowania różnych prac i outsourcing. W przypadku osób fizycznych, prowadzących działalność gospodarczą, zaciera się już różnica pomiędzy pracodawcą a pracownikiem i nowy system podatkowy nie powinien dyskryminować lub preferować, czyli zniekształcać ogólnoświatowych trendów na rynku pracy. Zwłaszcza w sytuacji ponad 40-proc. bezrobocia wśród polskiej młodzieży.
Konia z rzędem temu, kto wpadł na pomysł, że transparentność nowego systemu podatkowego zapewni progresywność w połączeniu z degresywnością kwoty wolnej! Kwota wolna ma pełnić jakieś funkcje społeczne, gdy cały system podatkowy w Polsce tych funkcji nie spełnia, co pokazują zeszłoroczne badania OECD. Prawdziwy problem z kwotą wolną i progami znajduje się na styku urzędów skarbowych z podatnikami, gdy te pierwsze próbują "ciągnąć" podatników w górę, gdy oni sami "pełzną" w dół. W efekcie aparat skarbowy koncentruje się na prześladowaniu bogatszych podatników, a nie na sprawnej egzekucji przejrzystego prawa.
Prawdziwym celem Strategii jest chyba usprawiedliwienie (dla premiera Millera?), że możliwa jest "alternatywa społeczna i ekonomiczna podatku liniowego". Czyli zróbmy wszystko, aby podatek liniowy, na przykład 3 x 15%, straszył po nocach ubogich wyborców, a bogatszym wyleciał z głowy jako nierealistyczna propaganda najsilniejszej opozycyjnej partii. Najśmieszniejsze jest jednak to, że obecny rząd ma niewiarygodną zdolność przygotowywania planów-programów dla innych rządów i koalicji. Po planie Hausnera do realizacji od 2005 r., plan Raczko idzie jeszcze dalej. Dopiero po 2007 r. ma być możliwe obniżenie obciążeń podatkowych, gdyż deficyt budżetowy ma być nie wyższy niż 1% PKB. I w tym ostatnim minister finansów chyba się nie myli. Jeśli w ciągu dwóch najbliższych lat zostanie przekroczony poziom 60% długu do PKB, to faktycznie nastąpi kryzys budżetowy i deficyt spadnie prawie do zera. Minister myli się natomiast, gdy utożsamia wprowadzenie podatku liniowego z obniżką obciążeń podatkowych. Może w teorii tak i jest, ale w praktyce podatki liniowe wprowadza się wyłącznie w jednym celu - wyczyszczenia systemu podatkowego z kwot wolnych, ulg, preferencyjnych stawek oraz mafii urzędniczo-podatkowej. Tylko tyle i aż tyle.
Na koniec warto upomnieć się po raz kolejny o reformę podatku VAT, ale ta, podobnie jak kierowanie gospodarką, została już przekazana z Ministerstwa Finansów do MGPiPS i będzie się zapewne odbywać pod hasłem ujednolicania stawek do poziomu 19%, czyli faktycznej podwyżki obciążeń podatkowych. Dochody z VAT będą więc stanowić ostatnią deskę ratunku budżetu, gdy racjonalizacja wydatków a` la Hausner się nie powiedzie.