Przypomnijmy, że Commerzbank, czwarty pod względem wielkości niemiecki bank, zapowiedział, że z początkiem 2005 r. przestaje wpłacać pieniądze na dobrowolny fundusz emerytalny dla 26 tys. pracowników. Każdemu z nich bank co miesiąc odkładał pewną kwotę, wypłacaną z odsetkami w momencie przejścia na emeryturę. Tak samo robi wiele firm u naszych zachodnich sąsiadów. Korzenie systemu sięgają XIX w. i stanowi on jeden z filarów niemieckiej "kultury korporacyjnej". Oferując rozbudowane programy emerytalne, spółki mają nadzieję przyciągnąć do siebie najlepszych pracowników.
Prezes zdenerwował
całe Niemcy
W Commerzbanku decyzja została podjęta bez konsultacji, a zainteresowani dowiedzieli się o niej dzień przed końcem roku. Jednak tym, co zdenerwowało szeregowych pracowników banku i niemiecką opinię publiczną najbardziej, był fakt, że z planów zostało wyłączonych sześciu członków zarządu, wśród nich prezes Klaus-Peter Mueller. Wysokonakładowy, bulwarowy dziennik "Bild" pytał na pierwszej stronie: "Jak panu nie wstyd, panie Mueller?". W rezultacie o działaniach szefostwa banku dowiedziały się całe Niemcy. Mueller tłumaczył się, że z powodu zawirowań na rynkach finansowych nie miał innego wyjścia, a menedżerowie dostali "po kieszeni" w minionych latach. Tylko zła polityka informacyjna sprawiła, że nie dowiedzieli się o tym zwykli pracownicy.
Posunięcie Commerzbanku zdziwiło partie ze wszystkich zakątków politycznej sceny. Minister gospodarki i pracy Wolfgang Clement, przedstawiciel SPD, stwierdził, że Commerzbank będzie żałować swojej decyzji. Zgodziła się z nim Angela Merkel, szefowa opozycyjnej partii CDU. - Nie jest normalne, że firma, która nie przechodzi kryzysu finansowego, likwiduje lub ogranicza program emerytalny - mówiła.