Jedna z zabawnych (i pouczających) gier polega na tym, że kilka (-naście?) osób wpłaca stawkę (np. 10 zł) i podaje (na kartkach) długość (w milimetrach) przekątnej pokoju. Wyniki się zbiera, sumuje - i forsę zgarnia ten, kto podał wynik najbliższy średniej. Przekątnej się nie mierzy.
W tej grze - podobnie jak w grze na giełdzie - trzeba oceniać długość - ale ważna jest też ocena, jak tę długość wyobrażają sobie ludzie. Bo co mi z tego, że wyliczę ją co do milimetra, gdy wszyscy będą myśleli, że jest to metr mniej? Na giełdzie też mniej ważne jest, ile warta jest spółka, niż jak ludzie ocenią jej status za miesiąc.
Dlatego właśnie nie lubię "inwestowania" na giełdzie. Jestem, jak pisałem przed tygodniem, zwolennikiem spekulacji na towarach. Spekulant - to brzmi dumnie. Jeśli ktoś tak nie uważa i woli nazywać się "inwestorem" - to znaczy, że uznaje socjalistyczne wartości. Bo w języku Czerwonych "spekulant" to gorzej niż złodziej. Złodziejstwo - rzecz ludzka (zresztą wielu przywódców socjalistycznych było w młodości złodziejami. Słynny Karol Sobelsohn miał pseudonim "Radek", bo niezbyt świętej pamięci Sobelsohn w młodości kradł... na potrzeby Partii!!).
To można. Ale - spekulować? "Spekulant" to gorzej niż kapitalista!
Tymczasem ludzie spekulujący na giełdzie, na np. zniżkę lub zwyżkę cen ropy naftowej, nie tylko mają dreszcz emocji - ale spełniają ważną społecznie rolę. Otóż - przewidują ceny.