W podręcznikach mikroekonomii przyjmuje się na ogół wysoce rygorystyczne założenia, charakteryzujące stan wolnej konkurencji. W podręcznikach makroekonomii często dyskutowana jest kwestia zdolności rynków do "samooczyszczania się" (w pełni elastycznego działania), co znamionuje niepokój o realność założeń wolnej konkurencji. Te niepokoje narastają też wśród badaczy zajmujących się ekonomią przemysłową. W ślad za wątpliwościami (czy raczej równolegle z nimi) zmienia się praktyka polityki antymonopolowej*. Już nie jest automatycznym wyznacznikiem interwencji antymonopolowej stwierdzenie dużej koncentracji produkcji na danym rynku. Okazuje się, że struktura bardziej skoncentrowana może sprzyjać efektywności.
Ekonomia klasyczna i neoklasyczna zawsze wyrażała prawie nieograniczone zaufanie do rynku - co zakładało wolną konkurencję. Logiczne było zwalczanie wszelkich rynkowych struktur (szczególnie wszelkiej koncentracji produkcji) konkurencję co najmniej potencjalnie utrudniających. Ale także w przeszłości byli wybitni ekonomiści (najwybitniejszym był chyba J. Schumpeter), którzy wskazywali, że działania przedsiębiorstw, które zajęły pozycję monopolistyczną (lub są uczestnikami oligopolu), mogą być bardziej efektywne niż przedsiębiorstw wolnokonkurencyjnych - przede wszystkim ze względu na ich zdolność do podejmowania kosztownych i ryzykownych badań oraz możliwości, jakie stwarza wielka skala produkcji. Polityka antymonopolowa coraz częściej staje więc przed ryzykiem wylania dziecka z kąpielą, a więc zablokowania fuzji, nawet gdy jest nadzieja, że przyniesie ona wzrost efektywności działania połączonych przedsiębiorstw.
Oczywiście, dawno już zauważono, że substytutem dużej liczby podmiotów na danym rynku krajowym mogą być konkurenci zagraniczni (jeżeli na przeszkodzie nie stoją cła lub słaby pieniądz krajowy) lub przedsiębiorstwa wytwarzające dobra substytucyjne. Zresztą na wielu rynkach tylko na te okoliczności można liczyć, bo zagwarantowanie klasycznej konkurencji jest nierealne. Ale te substytucyjne - względem klasycznej konkurencji - środki mogą być skuteczne tylko pod warunkiem przejrzystości rynków - realnej zdolności nabywcy do oceny oferty producentów na rynkach monopolistycznych i oligopolistycznych. Podmioty na tych rynkach robią jednak wszystko co tylko możliwe, by ich wzajemne oferty nie dały się porównać albo by nabywcy nie przyszło do głowy ocenianie ich produktów. To drugie uzyskują przede wszystkim przez zmasowaną reklamę, która zmierza do ubezwłasnowolnienia nabywców. To pierwsze - przez komplikację i zmienność oferty, która przeciętnemu nabywcy odbiera szansę na racjonalne porównanie. Spójrzmy na polski rynek.
Czy przeciętny konsument może dokonać porównania ofert firm oferujących usługi telefonii komórkowej? W każdym razie musi poświęcić na to tyle czasu, że ta zabawa w istocie nie może się opłacać. W rezultacie, mimo że z reklam operatorów można by sądzić, że oni działają z pobudek altruistycznych, to skądinąd wiadomo, że usługi te należą do jednych z najdroższych na świecie. Z powodu komplikacji oferty nabywcy nie mają realnej możliwości wywierania presji.
Takiej realnej możliwości nie mają też nabywcy, gdy chcą porównać marże handlowe, ponieważ koszt uzyskania informacji jest zbyt wysoki. Niedawno w Praktikerze nabyłem za 249 zł przenośny telefon, który nigdy nie działał dobrze. Zrozumiałem więcej dopiero, gdy w innym markecie dostrzegłem dokładnie taki sam telefon za... 99 zł (co pewnie odzwierciedla jego rzeczywiste walory). Oczywiście, teoretycznie mogłem poświęcić kilka godzin, wsiąść do samochodu, objechać kilka warszawskich marketów i zajrzeć do paru mniejszych sklepów. Czy jednak działałbym wtedy staranniej w swoim interesie? Wątpię.