Kto w Europie Wschodniej wychowywał się na czarno-białych filmach z okresu rewolucji radzieckiej lub drugiej wojny światowej, wchodził też i w życie z czarno-białą wizją świata. Bolszewik, rewolucjonista, czekista czy krasnoarmiejec - dobry. Mienszewik, białogwardzista, zagraniczny interwent, kontrrewolucjonista - zły. Kto strzelał do tłumu w Odessie? - nazwisk nie znamy, ale mundury mieli białe. Kto wzniósł słuszny bunt na pancerniku Patiomkin - anonimowi żołnierze, ale mundury u nich czarne. Wiadomo - Flota Bałtycka.
Student ekonomii socjalistycznej lub na przykład mikroekonomii na uniwersytecie w Berlinie Wschodnim słusznie uczył się, jak walczyć o wykonanie planu, utrzymywać rezerwy strategiczne i przeprowadzać atak na rekord w układaniu cegły.
Kto w USA wychowywał się na filmach o Wietnamie i drugiej wojnie światowej też wie, że Vietkong, żółtki i Japońce nie mieli racji i należy ich traktować napalmem i dużymi bombami. W filmie o Zielonych Beretach John Wayne tłumaczy dziennikarzom, że wojna z komunizmem toczy się na całym świecie, pokazując jako dowód karabin Kałasznikowa wyprodukowany w Chinach. W nowszym filmie o marines Mel Gibson, jako szczególny przykład przebiegłości wroga podaje, że przegonił on już kiedyś Francuzów z Indochin.
Student zarządzania i MBA z Kalifornii albo Wschodniego Wybrzeża nie wie, gdzie te Indochiny, ale zna się na wrogich przejęciach, oficerach operacyjnych (COO) i wywiadzie gospodarczym.
Podejście militarne do gospodarki i zarządzania nie jest więc obce w żadnym punkcie świata. Rozwija się wraz z natężeniem konkurencji, ograniczeniem zasobów naturalnych i budowaniem zespołów ludzkich w oparciu o strzelanie sobie w nos niebieską farbą i skakaniem przez rów z błotem i nadmuchanym krokodylem w celu dostarczenia laptopa z brakującymi informacjami na drugą stronę bajora.