Pojechałem rano na stację benzynową. Zatankowałem i zapłaciłem - z bólem serca. Benzyna jest droga (dziękuję panie ministrze Pol). A zdrożeć może jeszcze bardziej, bo ostatnio złoty się osłabia nie tylko względem euro.
Dziurawymi ulicami, które coraz bardziej przypominają krajobraz po trzęsieniu ziemi, dotarłem do pracy (jak wysiądzie mi zawieszenie, pozwę do sądu właściciela i zarządcę warszawskich dróg). Przejrzałem serwisy informacyjne i tabele notowań. Optymizmem z nich nie wieje. Euro jest z dnia na dzień coraz droższe. Ustanawia kolejne rekordy, a pobity złoty ledwo zipie.
Szybko robię bilans. Uciułałem parę groszy na zimowy urlop. Gdyby tylko szefowa dała mi wolne, chętnie odpocząłbym kilka dni. Za granicą? Czemu nie. Ale diabli mnie biorą, że ewentualne wakacje drożeją w takim tempie. Dewiza "zastaw się, a postaw" jest mi obca, więc pewnie z ferii nici. Skromny zapas na czarną godzinę ulokowałem w funduszu obligacyjnym, by z jednej strony nie stracić bieżącej płynności, a z drugiej - czuć się w miarę bezpiecznie. Wielu zrobiło podobnie. Bardziej przezorni wybrali banki i towarzystwa ubezpieczeniowe, ale one też mają obligacje. Sporo obligacji...
Wiem, spryciarze, którzy kupili akcje, śmieją się w kułak. Od kilku lat z zasady nie inwestuję jednak na parkiecie, więc i tak giełdowe zyski nie dla mnie. Obligacje dzielą los złotego. W efekcie jestem nie tylko biedniejszy niż byłbym, gdybym lepiej zainwestował, ale i biedniejszy tak po prostu.
W niewesołym nastroju biorę się do pracy. Czytam teksty o wynikach finansowych (dobrze, że przynajmniej eksporterzy się cieszą), o bardzo skromnych oszczędnościach Polaków, zawirowaniach na rynku. Ze współczuciem myślę o znajomych, którzy mają duży kredyt mieszkaniowy w euro. Jeszcze niedawno finansiści namawiali do przewalutowania zobowiązań i niektórzy posłuchali rad. Ich ryzyko, normalna rzecz. Szkoda tylko, że inni tak ciężko pracowali i pracują na to, aby to ryzyko rosło. Czytam też, że auta podrożeją. Oj, chyba nie tylko auta.